Drugie narodziny Elbląga w oczach lekarza - Historia Wysoczyzny Elbląskiej

Przejdź do treści

Menu główne:

TEMATY RÓŻNE > WSPOMNIENIA




Tadeusz Żak - wspomnienia
Obszerne wspomnienia elbląskiego pioniera - lekarza dotyczące pierwszych lat powojennej historii Elbląga. Artykuł pochodzi z serwisu kwartalnika kulturalnego „TygiEL”  http://www.tygiel.eu

 
Wspomnieniowy nurt tematyczny „TYGLA” silniej niż inne działy tematyczne co potwierdzają opinie P.T. Czytelników uzasadnia status naszego kwartalnika. Z tego powodu nurt ten będziemy kontynuować. Dzięki uprzejmości doktora W. Daszkiewicza dotarliśmy do nigdzie dotąd nie publikowanych pamiętników elbląskich lekarzy. Rozpoczynamy publikacją wspomnień nie żyjącego już (zmarłego na emeryturze w 1985 r.), a znanego doroślejszym mieszkańcom Elbląga doktora Tadeusza Żaka, jednego z organizatorów służby medycznej w Elblągu po wojnie. Materiał prezentujemy z niewielkimi tylko skrótami eliminując jedynie fragmenty z dywagacjami zbyt specjalistycznymi.

Tadeusz Żak
Drugie narodziny Elbląga w oczach lekarza

Tak właśnie nazwałem opowieść o pierwszych latach Elbląga, który po przeszło 170 latach panowania pruskiego, przywrócony został Polsce. Zniszczony w czasie działań wojennych w przeszło 60 proc., przedstawiał morze ruin, z resztkami przerażonych mieszkańców, których nie zdołano ewakuować. Z wypowiedzi mieszkańców wynikało, że miasto miało być bronione do ostatniego Niemca. Niespodziewane przerwanie linii obronnej w rejonie Pasłęka, na blisko dwa tygodnie przed zajęciem Elbląga, w dniu 10 lutego 1945 r. i brawurowy rajd kilku czołgów radzieckich, z kierunku Pasłęka przez obecną ulicę Grunwaldzką, Stare Miasto, obok Stoczni w kierunku na Tolkmicko, wywołały niesłychane zamieszanie i popłoch wśród władz hitlerowskich, załogi wojskowej i mieszkańców miasta.

Widocznym wspomnieniem tych wypadków, był zniszczony jeden z czołgów, tkwiący przez długi czas na skrzyżowaniu ul. Linki i Stary Rynek. Dalej wypadki potoczyły się szybko. Przerażeni mieszkańcy sami i przymusowo opuszczają Elbląg. Ze stutysięcznego miasta pozostało nie więcej, bo nikt tego nie liczył, jak dwadzieścia kilka tysięcy ludności, przeważnie starszych osób i dzieci.

Kilkudniowe walki uliczne wyzwoliły Elbląg. Zdobyte w ten sposób miasto z resztkami mieszkańców, bez wody, gazu, światła, żywności, komunikacji, urzędów, z opuszczonymi fabrykami i zakładami, pozbawione wszystkiego, co jest nieodzownym atrybutem wielkiego miasta, zranione śmiertelnie, czekało na prawowitych mieszkańców, którzy mieli tchnąć w nic nowe życie. Przybyłem w trzy miesiące później po tych wydarzeniach, byłem jednym z nich. Rodził się nowy Elbląg.

W tym miejscu zapytasz mnie pewnie Czytelniku: kim byłem? Jakie drogi przeznaczenia wiodły mnie do tego zniszczonego i opuszczonego miasta? Co prezentowałem swoją osobą i co mogłem wnieść do nowego życia? Przecież to była sytuacja wyjątkowa, jedyna, jaka się wydarzyła w naszej historii. Nie mieliśmy żadnych przykładów, na których można by się wzorować.

Nasza działalność musiała się opierać na wiedzy, doświadczeniu, sumieniu i godności narodowej, bo w tej niezwykłej sytuacji nie wszystko można było zmieścić w obowiązującym ustawodawstwie polskim, a jeszcze trudniej stosować. Muszę się więc przedstawić, byś mógł mnie należycie ocenić, a podążając ze mną w niezwykłej opowieści, sam odpowiedzieć na zadane powyżej pytania. Jest maj 1937 roku w Krakowie. Przed Dziekanem Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego składa przysięgę zawodową młody lekarz Tadeusz Żak, a słowa, że najwyższym prawem jest zdrowie ludzkie, zapadają głęboko w jego duszę i będą mu towarzyszyć przez całe życie. Razem z dyplomem otrzymuję awans z młodszego na starszego asystenta Zakładu Fizjologii.

W 1939 r. kończę pracę doktorską, która już nie mogła być ogłoszona. Wojna. Biorę udział w walkach obronnych od Żnina po Kutno i Bzurę. Niewola i ucieczka z punktu zbiorczego jeńców w Żyrardowie. Krótka praca w szpitalu PCK w tymże mieście i powrót do Krakowa. Wróciłem na czas, by ratować cenną aparaturę Zakładu, gdyż zarządzeniem okupanta Zakład Fizjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego podlegał likwidacji.

W listopadzie 1939 r. po aresztowaniu profesorów i naukowców Uniwersytetu, zagrożony bezpośrednio, wyjeżdżam do Tarnowa i przez pół roku prowadzę pracownię rentgenologiczną Ubezpieczalni Społecznej, wykorzystując specjalność wojskową. Moja działalność w Tarnowie, nie bardzo zgodna z zarządzeniami okupanta, wzbudza zainteresowanie Gestapo. Ostrzeżony w porę opuszczam Tarnów i osiedlam się w Zakliczynie n /D , jako lekarz domowy Ubezpieczalni Społecznej. Tam w rozmowach z przyjaciółmi, przez długie lata okupacji snuję marzenia o wolnej Polsce i osiedleniu się na Wybrzeżu, które mnie już dużo wcześniej, jako 14-letniego chłopca, zafascynowało na całe życie, w czasie pierwszego pobytu nad morzem przed wojną.

W 1941 r. po ataku niemieckim na Związek Radziecki wiedzieliśmy, że okupant wojnę przegra, a Wybrzeże musi wrócić do nas. Z takim to bagażem marzeń, doświadczeń życiowych i zawodowych przyjeżdżam do Elbląga, nie z przypadku, lecz w wyniku chłopięcych marzeń o morzu. Mam lat 33. Kolejny pionier o liczbie rzeczywistej około 600, a zameldowany w półtora miesiąca później pod liczbą 1388.

Marzeniami o morzu zaraziłem zaprzyjaźnionego pracownika Wydziału Finansowego w Brzesku Ignacego Widotę czyli Ignaca, z którym pod koniec maja 1945 r. wybraliśmy się na Wybrzeże z zamiarem osiedlenia się w Gdańsku lub Elblągu. Po uciążliwej podróży dotarliśmy do Tczewa i następnego dnia wczesnym rankiem o wschodzie słońca znaleźliśmy się nad Wisłą. Przeciwny brzeg był ledwie widoczny w porannych mgielnych oparach, a na jasnej kuli wschodzącego słońca rysowały się czarne żelazne belki strzaskanego mostu, zanurzone częściowo w wiślanych falach. Czekaliśmy na kolejną przeprawę łódką, jedynym środkiem komunikacji z Ziemiami Odzyskanymi.

Słońce już dobrze dogrzewało, gdy po kilku godzinach marszu ukazał się przed nami Malbork, a właściwie potężne zamczysko krzyżackie, okaleczone niedawnymi walkami. Przechodzimy przez Nogat prowizorycznym, drewnianym mostem. Przed nami otwarta brama zamku. Ciekawość zmusza nas po prostu do wejścia na dziedziniec. Cisza i pustka. Słychać wyraźnie nasze kroki dudniące po sklepieniach sieni, ale wyobraźnia zapełnia dziedziniec zamkowy tłumem białych rycerzy, znaczonych czarnymi krzyżami, które widać i teraz na rozbitych czołgach, skrzydłach samolotów i innym sprzęcie wojennym.

Wieki stopiły się w jedną całość. Zielone mundury rycerzy zakonu spięto sprzączkami pasów, na których wyryto „Gott mit uns”. To ten sam okrzyk, w imię którego mordowano bezbronną ludność tych ziem i który teraz jak złowróżebne echo snuje się w opuszczonym zamczysku. Jesteśmy świadkami ostatecznej klęski okrutnego okupanta, tu gdzie zrodziła się idea opanowania świata. Ale nie ma czasu na refleksje, nie bardzo też wierzymy malowanym świeżo napisom „Min niet”. Wycofujemy się rezygnując z dalszej wędrówki po groźnej jeszcze twierdzy. Przechodzimy pustymi ulicami Malborka i kierujemy się na drogę do Elbląga. Przed Starym Polem dogania nas jednokonna furka. Krótka rozmowa.

Komendant Milicji Obywatelskiej z Elbląga wraca z objazdu terenu. Zaproszeni sadowimy się wygodnie i wyciągamy obolałe nogi nie nawykłe do uciążliwego marszu. Wiemy na pewno, że przed nocą będziemy w Elblągu, a tymczasem słuchamy informacji z pierwszej ręki o nie znanym mieście, o trudach codziennego życia.

Czasu było dość, bo konik leniwie przemierzał drogę, a Komendant widocznie chciał nas oswoić z tym, co zastaniemy. Opowiadał o niebezpiecznych spotkaniach z uzbrojonymi esesmanami z okolicznych obozów ukrywającymi się w mieście.

W miarę jak słońce chyliło się ku zachodowi, zmieniał się krajobraz. Po obu stronach drogi coraz więcej wody, aż wreszcie droga zaczęła się kręcić jak robak na nieruchomym lustrze wody, ciągnącym się hen po horyzont. To skutki wysadzenia przez cofających się Niemców urządzeń odwadniających i zalania Żuław. Koło uszu nieustanne bzykanie komarów. Słychać nawoływania ptactwa wodnego: wrażenie niesamowite. Ale oto na którymś tam zakręcie, daleko, na samym końcu okalającej nas wody zamajaczyła płaska sylwetka miasta z wystrzelającym wysoko szkieletem wieży kościelnej i kilkoma martwymi kominami fabrycznymi to Elbląg.

Uczucie rozczarowania. Gdzie to stutysięczne miasto? Zbliżamy się. Już nad nami wiadukt autostrady, o którą miała wybuchnąć druga wojna światowa. Jesteśmy na przedmieściu Elbląga po lewej stronie rzeki i oczekujemy na zwolnienie przejścia przez prowizoryczny most przerzucony jakieś 50 m poniżej obecnego.
Mostem przechodzi długi transport wojskowy. Coraz bardziej przygnębiony spoglądania na ciągnące się brzegiem rzeki wypalone domy. Martwe zakłady fabryczne przeglądają się w brudnej wodzie, a zachodzące czerwienią słońce krwawo podbarwia ruiny, pogłębiając grozę zniszczenia. Most wolny, wjeżdżamy w ulice Tamka. Wszędzie jeszcze nazwy ulic i napisy w znienawidzonym gotyku. Jacyś ludzie przemykają ulicą, pewnie Niemcy, bo za firankami okien można dostrzec obserwujące oczy. Dalej ulicami Zamkową, Drzewną, PI. Słowiańskim, Czerwonej Armii, Owocową dojeżdżamy do Komendy MO przy ul. Żeglarskiej. Korzystamy skwapliwie z zaproszenia przenocowania w budynku Komendy. Jesteśmy całodniową wędrówka naprawdę zmęczeni, a poszukiwania noclegu w jeszcze wrogim mieście nie bardzo bezpieczne. Lepiej się nocą nie kręcić, ostrzega jeszcze raz Komendant. Później dopiero zrozumiałem sens tego ostrzeżenia. Na pryczach dobrze wymoszczonych słomą noc przeszła szybko i spokojnie.

Rankiem opuszczamy gościnną Komendę i przenosimy się do hotelu przy ul. Beniowskiego. Jest wolny pokój, ale całe umeblowanie pokoju to dwa łóżka z gołymi siatkami. Zażenowany gospodarz tłumaczy, że goście zwykle mają ze sobą jakiś koc. Podłożyliśmy wobec tego ręczniki, ale i tak nasz tygodniowy pobyt odbił się nam na plecach dokładnym rysunkiem siatek. Nie było wyboru. Najbliższe nasze otoczenie to ul. Beniowskiego i Żymierskiego, obie zamknięte przez wojsko. Ulica Pionierska, wolna i zamieszkała przez pierwszych osadników, krzyżuje się z ul. Armii Czerwonej. Jesteśmy więc w polskim centrum, gdzie skupia się większość urzędów, jak Starostwo, Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w budynku szkolnym, dziś Liceum Gastronomiczne przy ul. Armii Czerwonej.

Koszary puste. Jeden lub dwa budynki zajęte przez żołnierzy radzieckich. Zaczynamy się orientować, gdzie mieszkają Polacy, bo w oknach widać biało-czerwone chorągiewki, lub kartki z napisem: „zajęte przez Polaka”. Dla zachowania orientacji idziemy ulicą z torem tramwajowym w kierunku Starego Miasta. Na rogu ul. Owocowej jest Inspektorat Szkolny. Wchodzimy bezceremonialnie, przedstawiamy się i poznajemy Inspektora Talaśkę. Sympatyczny pan udziela nam wielu informacji o mieście. W podobny sposób nawiązujemy znajomość z zamieszkałymi naprzeciw lekarskimi małżeństwami; Izabella i Marcel Kozłowscy oraz Olga i Stanisław Gardulscy. Nieco dalej apteka, ta sama co dziś, prowadzona przez mgr Aleksandra Szałka. Naprzeciw w willi mieszka dyrektor szpitala dr Netzer, który jest uważany za pierwszego lekarza przybyłego do Elbląga. Wszyscy mają za sobą blisko dwumiesięczny staż pionierski i niewyczerpany zapas informacji. Są życzliwi, gościnni, nie wyczuwa się żadnej niechęci, wręcz przeciwnie, roztaczają przed nami świetne perspektywy, a jest dość miejsca i pracy.

W budynku hotelowym, gdzie zamieszkaliśmy, zauważamy piekarnię i sklep spożywczy, teraz znowu dwa sklepy prywatne, wprawdzie zamknięte, ale rano można podobno dostać kawałek czarnego gnieciucha, a w sklepie z wędlinami bywa mięso końskie i wyroby masarskie. Idziemy dalej torami. Kończy się ul. Armii Czerwonej, nazywana wtedy Królewiecką. Na prawo wypalone budynki fabryki cygar, dziś Odzieżówka, kończy się też polski Elbląg. Wchodzimy bez przeszkód na teren pustej Stoczni, ale to nie nasz cel. Cofamy się i przez bramę obronnej wieży średniowiecznej wchodzimy do Starego Miasta. Przed nami morze gruzu i resztki murów domów, a nad tym wszystkim jak jakiś upiorny obelisk, wysoko wznosi się szkielet wypalonej wieży, zabytkowego kościoła św. Mikołaja, którą już wczoraj uznaliśmy za główny element panoramy Elbląga. Mniejsze uliczki zasypane do pierwszego piętra. Kilka zaledwie domów pozostało, a na ul. Wigilijnej resztki portalu dawnego ratusza, w którym ponoć mieszczanie elbląscy podejmowali króla Polski Kazimierza Jagiellończyka, o czym dowiedzieliśmy się później. Teraz przed naszymi oczami roztaczał się obraz ponurego zniszczenia najpiękniejszej części Elbląga, wielowiekowego dorobku kultury i bogactwa miasta.

Skręcamy w ul. Kowalską w kierunku PI. Słowiańskiego, który w porównaniu z dniem dzisiejszym przedstawiał zgoła inny wygląd. Wszystkie domy po obu stronach Placu i te, które istnieją do dziś, i te których już nie ma, są wypalone. Wyjątek stanowi Poczta i dalszy ciąg domów aż do dzisiejszego I Liceum włącznie. Naprzeciw tylko mury z czerwonej cegły spalonego Ratusza.

Gdy po latach budowano Hotel Zamechu i usuwano resztki tych murów, w piwnicach znaleziono zasypaną dużą kasę pancerną, w której spodziewano się znaleźć jakieś niezwykłe dokumenty, lub nawet kosztowności.

Z zachowaniem ostrożności, bo nigdy nic nie wiadomo (mogła się również czaić zamknięta śmierć w kilogramach wybuchowego ładunku podłożonego przez zemstę), z trudem otwarto kasę, znajdując bezwartościową makulaturę i zawinięty w papier widelec.

Wchodzimy w ulicę 1 Maja, dawniej A. Hitler Strasse, a więc główną ulicę miasta. Kilka domów wypalonych, reszta opuszczona, sklepy zrabowane ze zniszczonym urządzeniem i walającymi się resztkami towaru. Drogą usłaną gruzami, zerwanymi instalacjami, porzuconym sprzętem domowym. Fruwające pierze i poniewierające się niewypały uzupełniały krajobraz zniszczenia. Nie do wiary, by w tak dużym mieście, na głównej ulicy w biały dzień była taka cisza i pustka? Ale nie, w głębi opuszczonych domów słychać czasami jakieś stuki, jakiś szelest. Czasami na chwilę w oknie pokaże się twarz i szybko znika. Może to Niemiec, a może szabrownik poszukujący „ukrytych skarbów”. W miejscu, gdzie obecnie krzyżują się ul. Hetmańska i 1 Maja jest duży budynek to kino, drzwi otwarte, sala równo zastawiona rzędami krzeseł, jakby przed chwilą opuszczona przez wodzów. Żadnych zniszczeń, tylko iść do kabiny i puścić film. Siadamy, a przed nami wielki biały ekran. Filmu nie ma, bo za ekranem prawdziwy film: dramat zniszczonego Elbląga. Chwila zadumy i idziemy dalej skręcając w ulicę Parkową.

Wszędzie ślady niedawnych walk i rozbite pociskami domy. Tory tramwajowe prowadzą nas na ul. Grunwaldzką. Szeroka ulica z biegnącym środkiem torem tramwajowym, wysadzana na poboczach drzewami robi wrażenie ulicy wielkomiejskiej. Z prawej strony te same co dziś budynki Zakładów Mechanicznych puste i milczące. Po lewej stronie niskie piętrowe domki, z których kilka jeszcze zostało, bo inne dawno ustąpiły miejsca okazałym wieżowcom. Dalej, gdzie obecnie sklep chemii, duży zakład serowarski Tilzator Werke w którego magazynach znajdujemy setki rulonów cynfolii do opakowań. Dalej domy te same, a linia obecnej jedynki kończy się przed schodami dzisiejszego dworca PKS.

Dworzec kolejowy wypalony doszczętnie, a odprawa podróżnych odbywa się w drewnianym baraku za Kolejową Przychodnią Lekarską. Raz dziennie przyjeżdża pociąg z Olsztyna i po południu wraca. Za dworcem obszerne lotnisko z porzuconymi samolotami niemieckimi przy autostradzie. Wsiadamy do takiego jednego Junkersa. Nawet nie bardzo zniszczony, nikt nam nie przeszkadza w odbyciu takiego naziemnego lotu. Cisza i pustka usprawiedliwia naszą dziecinadę. Do lotniska przylega dzielnica zamieszkała przez Niemców. Poczuliśmy się nieswojo. Rezygnując z zabrania jakiejś pamiątki szybko się oddalamy. I tak dzień po dniu wędrujemy z Ignacem po gruzach Elbląga, oceniając zniszczenia i to, co zostało.

Poznajemy nowych ludzi, przecież zamierzamy się osiedlić. Musimy wiedzieć, jakie szanse ma Elbląg wydźwignąć się z upadku, wszystkie duże fabryki, zakłady nieczynne, niektóre bardzo zniszczone i zdewastowane. Browar w dużej części spalony. Elewatory zbożowe puste, urządzenia zniszczone, Elektrownia nieczynna, ale turbiny i piece zachowane. Port i kanał wodny w mieście nie nadają się do żeglugi, rzeka jest wypełniona po brzegi zatopionymi statkami, barkami i sterczącymi częściowo nad wodę żelaznymi resztkami różnego sprzętu wojskowego. Mosty zniszczone. Brzegi rzeki łączy tylko jeden prowizoryczny most drewniany, którym wjechaliśmy do Elbląga, inne mosty zniszczone. Za rogatkami miasta, w kierunku Nowego Dworu Gd. zaczyna się wielka woda zalanych Żuław i tylko jaśniejsze smugi na jej powierzchni, biegnące linie wskazują, gdzie droga. Po kilku dniach takich wędrówek, wiedzieliśmy, że Elbląg jest bardzo zniszczony, zwłaszcza w swoim historycznym centrum, ale że i są dzielnice nie zniszczone.

Może to piękna pora roku sprawiła, że majowa soczysta zieleń zakryła świeże rany, i że miasto wydało się nam piękne. Pierwsze zniechęcenie mijało. Przyjazna życzliwość pionierska, jaka nam towarzyszyła w tych wędrówkach i spotkaniach, zaczęła nas łączyć jakąś niewidzialną nitką z nimi i miastem. Byli to ludzie z różnych stron Polski, przeważnie warszawiacy, delegaci różnych służb, przedstawiciele Partii, stronnictw, organizacji jak Polski Czerwony Krzyż z siedzibą przy ulicy o tej samej nazwie, więźniowie z pobliskiego Stutthofu i innych obozów, Polacy i cudzoziemcy zesłani na roboty, duża grupa autochtonów, mieniąca się Mazurami, których jedyną legitymacją było zniemczone nazwisko polskie. Dochodzili jeszcze przedstawiciele różnych zawodów w poszukiwaniu tak jak i my nowego miejsca w życiu oraz amatorzy łatwego zbogacenia. Ci długo nie zagrzali miejsca. Przyjazdy i odjazdy masowe były codziennym zjawiskiem, a najlepiej to było widać i obserwować przez wiele miesięcy na dworcu kolejowym. Tak rodziła się społeczność Elbląga.

Wspomniałem poprzednio o magistrze Szałku, prowadzącym pierwszą aptekę. Przybył do Elbląga jako delegat Ministerstwa Administracji Publicznej, jako powiernik, jak o sobie mówił, dla aptek, drogerii i urządzeń sanitarnych. Jemu to zawdzięczam oryginalny odpis sprawozdania z jego działalności w okresie od 16 kwietnia do 1 maja 1945 r. i o stanie sanitarnym miasta. Nigdy później nie napotkałem lepszych informacji z tego okresu i jako późniejszy lekarz powiatowy, stykający się blisko z zagadnieniami sanitarnymi miasta w dalszej ciągłości musiałem uznać je za wiarygodne. Ta wyblakła dziś kartka maszynopisu, jest dokumentem historycznym i punktem wyjścia do moich wspomnień o pierwszym okresie działalności Służby Zdrowia w wyzwolonym Elblągu. Pozwolę sobie odczytać ją w brzmieniu oryginalnym w całości, gdyż zasługuje na uwagę:
„Sprawozdanie z działalności powiernika dla aptek, drogerii, urządzeń sanitarnych na miasto Elbląg za okres od 16.1 V do l.V. 1945 r. Wyjechałem z Warszawy z ramienia Ministerstwa Administracji Publicznej w dniu 10 kwietnia br. i do Olsztyna przybyłem 11 kwietnia br. a w dniu 13 kwietnia przybyłem do Elbląga, gdzie początkowo z braku lekarzy Polaków objąłem administrację Szpitala Miejskiego, później zaś po zdaniu szpitala przybyłemu lekarzowi Polakowi, objąłem powiernictwo aptek, drogerii i przystąpiłem do właściwych czynności. W momencie przybycia mego do Elbląga, byłem jedynym przedstawicielem Polskiej Służby Zdrowia, stąd rozliczność zajęć i wszechstronność sprawozdania.

Stan sanitarny m. Elbląga przedstawia się następująco: Miasto przed wojną liczyło 80 tys. mieszkańców, obecnie liczy około 30 tys. do 40 tys. Niemców i około 300 Polaków. Przed wojną istniało tutaj 10 aptek, ale dzięki zgrupowaniu ich przeważnie w śródmieściu, względnie najbliższej okolicy zostały razem ze śródmieściem zniszczone i spalone. Jedynie nie spaloną całkowicie, ale również rozbitą pociskami i niemal doszczętnie rozgrabioną aptekę, zabezpieczono na rzecz Polskiego Szpitala Miejskiego. W aptece tej brak urządzeń zasadniczych, jak wagi, odważników, brak surowców zwłaszcza chemicznych, opatrunków. Ocalały jedynie drobne ilości ziół w szufladach. Przybory i przyrządy rozbite i połamane.

Książek aptecznych, podręczników farmakopei brak. Zabezpieczona całość bez inwestycji, absolutnie nie wystarcza do uruchomienia apteki, nawet szpitalnej. W chwili obecnej jest w toku akcja przyjmowania niektórych leków i zbędnych urządzeń apteki szpitalnej z Rosyjskiego Lazaretu Wojskowego (w danej chwili nieczynnego). Jakości i przydatności przejmowanego materiału, nie można w tej chwili określić.

Ogólna orientacja wskazuje na to, że i tu nie będzie zasadniczych surowców, lecz drobne ilości gotowych leków, przeważnie specyfików, oraz drobne urządzenia i przybory apteczne. Minimalne ilości gotowych leków, zwłaszcza w postaci gotowych do użycia roztworów i maści, oraz drobne ilości iniekcji zdołano wyratować z rozbitych gabinetów lekarskich i mieszkań prywatnych. Pozwoliło to na utworzenie podręcznej składnicy leków zabiegowych przy Ambulatorium Szpitala Miejskiego.

Szpital Miejski jest już czynny, na razie mieści się w budynku szkolnym, obejmuje 90 łóżek i oddziały: wewnętrzny, aseptyczny, zakaźny, weneryczny z czego sam oddział weneryczny stanowi 50 proc. stanu chorych. W szpitalu brak oddziału położniczego, chirurgicznego, sali operacyjnej. Drobne zabiegi wykonywane są w Ambulatorium, poważniejsze operacje chirurgiczne dokonywane są w Rosyjskim Szpitalu Polowym przez lekarza wojskowego. Szpital ma przewagę pacjentów Niemców. W momencie przejęcia przeze mnie administracji szpitala, na miejscu znajdował się jeden lekarz Niemiec, trzy siostry Niemki, dwie siostry Urszulanki Polki.

Zakres czynności obejmował uporządkowanie czynności w szpitalu i obsadzie stanowisk. W chwili obecnej ordynują w szpitalu 1 lekarz ginekolog, będący jednocześnie dyrektorem szpitala, 1 lekarz internista, 1 lekarka laryngolog, 1 lekarz Niemiec ogólno-praktykujący. Wykwalifikowany personel pomocniczy stanowią 2 siostry Urszulanki Polki, 1 siostra diagoniska Niemka, pomoc stanowi 1 siostra parafialna Niemka. Personel posługujący stanowią Niemcy. Praca w szpitalu jest zorganizowana. Frekwencja w Ambulatorium wynosi 60-80 osób dziennie. Wolnych łóżek brak. Szpital jest w fazie gwałtownego rozrastania się, przy wybitnej przewadze chorób wenerycznych. Porządkuje się nowy lokal celem przeniesienia szpitala.

Na terenie miasta czynna jest, zorganizowana w okresie sprawozdawczym Przychodnia Lekarsko Dentystyczna obsługująca Polaków, Rosjan i Niemców. Personel stanowi lekarka stomatolog i absolwentka Akademii Stomatologicznej, dentystka i 1 technik dentystyczny. W skład polskiego personelu sanitarnego miasta Elbląga wchodzi w chwili obecnej: Polacy 1 lekarz ginekolog (dyrektor szpitala), 1 lekarz internista (lekarz kolejowy) 1 lekarka specjalistka laryngolog, 1 lekarka dentystka (kierownik przychodni dentystycznej) 1 absolwentka Akademii Stomatologicznej dentystka, 1 technik dentystyczny (praktykujący jako dentysta) 1 magister farmacji (niżej podpisany), jedna asystentka aptekarska, 2 siostry szpitalne. Niemcy: 1 lekarz ogólnopraktykujący, 1 siostra diagoniska, 1 siostra Czerwonego Krzyża, 1 siostra parafialna.

Zapowiedziany jest przyjazd chirurga Polaka. Elbląg przed wojną liczył 21 drogerii, lecz dzięki zgrupowaniu przeważnie w śródmieściu, w przeważnej swej ilości uległy spaleniu i zniszczeniu. Pozostały jedynie 3 niespalone, ale i one rozbite są przez pociski i rozgrabione do tego stopnia, że o uruchomieniu ich bez pomocy z zewnątrz w formie poważnych inwestycji na razie nie ma mowy.

Z materiałów drogistowskich zabezpieczono drobne ilości materiałów malarskich i farb, oraz proszków do prania. Sprawy zabezpieczenia materiałów drogistowskich prowadzi w spisie koleżanka asystentka aptekarska, obsługując również podręczną składnicę leków zabiegowych przy Ambulatorium Szpitala Miejskiego. Bolączką jest brak preparatów sulfamidowych do leczenia chorób wenerycznych, brak mikroskopu do celów diagnostycznych brak surowców chemicznych do sporządzania leków recepturowych, brak szczepionek, surowic, brak przyborów aptecznych, zwłaszcza aparatu destylującego do wody. Z powodu uszkodzeń przewodów wodociągowych i czerpania (wody) jej przez ludność z przygodnych źródeł istnieje możliwość wybuchu epidemii duru brzusznego i czerwonki. W fazie realizacji jest urządzenie apteki, przeniesienie szpitala z jednoczesnym jego uzupełnieniem. W stadium organizacji jest Miejski Ośrodek Zdrowia, Stacja Opieki nad Matką i Dzieckiem, pracownia analityczna, Oddział Polskiego Czerwonego Krzyża.
Elbląg, 3 maja 1945 r. Mgr Szałek”.

Dojrzewała w nas decyzja osiedlenia się, ale trzeba było jeszcze poznać Gdańsk i zgłosić się do Władz Wojewódzkich. Podróż do Gdańska to strata najmniej 2-3 dni, przecież nie ma bezpośredniego połączenia kolejowego nawet z Malborkiem. Mówiłem już, że mosty kolejowy i drogowy w Tczewie były zniszczone. Była wprawdzie naprzeciw Lisewa przeprawa promowa, ale służyła przeważnie transportom wojskowym. Pozostawała do przejazdu tylko łódka, za opłatą pracowicie przemierzająca Wisłę tam i na powrót i długa kolejka oczekujących nieraz cały dzień. Gdańsk jest chyba więcej zniszczony niż Elbląg i uzyskanie wolnego mieszkania trudne. Urzędy Wojewódzkie i osiedleńcy zajmują Gdańsk, Wrzeszcz, Oliwę, Sopot a nawet i Gdynię. Spotykamy znajomych, którzy zapoznają nas z sytuacją, nasze zaś informacje o Elblągu wzbudzają zainteresowanie i mimo woli prowadzimy rekrutację do pustego jeszcze w tym czasie miasta.

W Wojewódzkim Wydziale Zdrowia w Sopocie przyjął mnie dr Z. Teisseyre, mianując lekarzem powiatowym w Elblągu na okres 2 lat i przydzielając 30 tys. zł. na wstępną działalność organizacyjną. Ministerstwo Zdrowia potwierdziło później nominację. Owe 30 tys. zł. nie było znowu jakimś nadzwyczajnym gestem ze strony Województwa, jakby się to dziś mogło wydać, bo gdybyśmy przeliczyli w porównaniu z wartością produktów żywnościowych, to wyniosłoby około 5 tys. zł. gdyż np. 1 kg masła kosztował 500 zł.

Druga wizyta z I. Widotą w Wojewódzkim Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym również w Sopocie przy ul. Kościuszki, nieoczekiwanie dla mnie zakończyła się stanowiskiem lekarza etapowego Polskiego Urzędu Repatriacyjnego (PUR) w Elblągu. I. Widota otrzymał nominację na kierownika Oddziału PUR w Elblągu. Oba moje stanowiska lekarza powiatowego i lekarza PUR zazębiały się swoją działalnością, gdyż tereny powiatu elbląskiego miały być w przyszłości zasiedlone, a do moich obowiązków należał stan sanitarny i zdrowotny przybyłych osadników, a później mieszkańców tych terenów. To miało duże znaczenie w kształtowaniu się stanu epidemiologicznego miasta i powiatu, jak też skutecznego zarządzania sanitarnego, o czym później. Proponowane więc stanowisko lekarza etapowego PUR przyjąłem bez oporu. Zjawiamy się ponownie w Elblągu z pełnomocnictwami Wojewódzkich Urzędów i kilku świeżo zwerbowanymi znajomymi, między innymi Tadeuszem Topolnickim, skarbowcem z Krakowa, późniejszym kierownikiem Urzędu Skarbowego i Brygady Ochrony Skarbowej w Elblągu, oraz Boroniem i Lutmanem, pracownikami tegoż urzędu.

Zaczynamy od złożenia wizyt włodarzom miasta i powiatu. U prezydenta miasta przyjęła nas urocza sekretarka, o jasno blond włosach p. Nina Czarnocka, obecnie Rayska, która zgodnie z ówczesnym protokółem wprowadziła nas do gabinetu. Prezydent obrzucił mnie badawczym spojrzeniem i zapytał krótko: chirurg? Otrzymawszy przeczącą odpowiedź, zdawał się być zawiedziony i dodał, że lekarzy jest już w Elblągu dość i potrzebny jest tylko chirurg. Również mającemu powstać Oddziałowi Państwowego Urzędu Repatriacyjnego nie okazał większej uwagi. Byliśmy zdziwieni i rozczarowani takim przyjęciem, gdyż wcześniej słyszeliśmy o jego pożytecznej działalności w mieście. Dopiero później dowiedziałem się o pewnych antagonizmach, wynikających z podziału władzy między miastem a powiatem, nasze zaś urzędy i osoby związane były głównie z powiatem. Różnice w poglądach powstały stąd, że miasto przyjęło status miasta wydzielonego, nie mając do tego uprawnień, a więc podlegało Starostwu, z czym władze miejskie nie chciały się pogodzić. Sprawa ta została uregulowana dopiero w rok później, gdy osobnym zarządzeniem miasto przeszło pod zarząd Starostwa. Nic dziwnego, że rozmowa z prezydentem Wysockim nie kleiła się, więc wycofaliśmy się taktownie. Jedyną korzyścią, jaką odnieśliśmy z tej wizyty, to możliwość korzystania ze stołówki miejskiej. Miałem jednak wrażenie, że załatwiła to z własnej inicjatywy p. Nina, starając się nam wynagrodzić, niezbyt zachęcające przyjęcie. W przeciwieństwie starosta Radomiński, obecnie lekarz weterynarii na Wybrzeżu, okazał wiele serdeczności i zapewnił o pomocy w okresie organizacyjnym.

Zabieramy się z Ignacem do organizowania PUR. Czas nagli, przybywa coraz więcej osadników.

Poprzednie znajomości i poznanie miasta, pozwalają na szybkie decyzje. Jest wolny budynek mieszkalny przy ul. Ogrodowej 16. Parter po prawej stronie przeznaczamy na Ambulatorium PUR, resztę budynku na biura. Z opuszczonych mieszkań niemieckich ściągamy umeblowanie i już w trzecim dniu od zajęcia budynku uroczyście wywieszamy napis Urząd Repatriacyjny Oddział w Elblągu, a poniżej Ambulatorium PUR. W pierwszym dniu już są chorzy, przeważnie ludność niemiecka z okolicznych domów i ulic. Działają też i biura, są pierwsi osadnicy. Trzeba mieć naprawdę odwagę, by rozpoczynać tak szybko działalność, nie mając nic. Ja przynajmniej miałem jakiś sprzęt lekarski, który przywiozłem ze sobą, ale to już były takie czasy, że wszystko zaczynało się od niczego.

Organizacja urzędu lekarza powiatowego nie była łatwa. Jestem tylko sam z 30 tys. zł. Starostwo nie dysponuje nawet wolnym lokalem. W starostwie i powiecie nie ma nikogo ze Służby Zdrowia lub nawet osób, które by się otarły o zagadnienia sanitarne. Powiat administracyjnie jeszcze słabiutki. Są w prawdzie w większych miejscowościach wójtowie, gdzieniegdzie sołtysi, a w Tolkmicku dobrze sobie poczyna burmistrz Żytyński, z zawodu marynarz, organizując miasteczko i port rybacki, ale szczegółowych informacji o ludności i stanie sanitarnym nie ma. Tyle wiem o terenie mojej przyszłej działalności. Powiat praktycznie jest jeszcze pod zarządem wojskowym. Jeśli dodamy do tego, że w kasie starostwa nie ma pieniędzy na działalność organizacyjną, a środkami komunikacji są podwody konne, to nie trudno odtworzyć sobie sytuację, w jakiej się znalazłem.

Na wstępie udajemy się ze Starostą do dowództwa wojsk radzieckich, mieszczącego się w budynkach obok poczty przy PI. Słowiańskim. Zostaję tam przedstawiony pułkownikowi, niestety nazwiska nie pamiętam i uzyskuję pozwolenie na swobodne poruszanie się w powiecie. To już było dużo, ale czym się poruszać? Mam pieniądze, kupię samochód, to jedyne rozwiązanie. Słyszałem, że okazyjnie można kupić, ale czy starczy pieniędzy? W PUR udaje mi się zaangażować kierowcę z Warszawy Kazimierza Bandurskiego i zaraz powierzam mu zadanie wyszukania odpowiedniego samochodu, a jednocześnie taniego. Muszę przyznać, że wywiązał się z polecenie szybko, bo już w następnym dniu podjechał mały Opel z lat 20-tych. Głupstwo, nie wygląd decyduje, bo silnik był zdrowy i nie zawiódł przez pierwszy najgorszy rok. Za zgodą Urzędu Skarbowego (takie obowiązywały przepisy) nabyłem ,»Adasia”, bo tak go pieszczotliwie nazwaliśmy za 25 tys. zł. Dla dodania powagi i rangi wykonywanych zadań na drzwiach umieściłem napis „Nadzwyczajny Komisariat do Walki z Epidemiami”. Otrzymuję wreszcie lokal przy ul. Pionierskiej naprzeciw Starostwa i rozpoczynam angażowanie pracowników, przeważnie za pośrednictwem PUR i już w początkach lipca 1945 r. mam całą obsadę z niezapomnianym Aleksandrem Zielonką, byłym pracownikiem szpitala w Świeciu. Okazał się znakomitym kierownikiem w moim zespole.

Biuro lekarza powiatowego składało się z trzech pomieszczeń. Sekretariat z Basią Piekutowską, gabinet lekarza powiatowego, pokój Kolumny Sanitarnej złożonej z sześciu sanitariuszy, dwóch kontrolerów sanitarnych, Zielonki i szofera. Poza kontrolerami sanitarnymi, którzy mieli jakieś przygotowanie fachowe, inni dotychczas nie mieli nic wspólnego ze Służbą Zdrowia i prezentowali różne zawody. Trzeba się było zająć szkoleniem i przygotowaniem do ciężkiej pracy, jaka nas czekała, a zacząć trzeba było od organizacji biura i zasad korespondencji, prowadzenia sprawozdawczości, od zagadnień sanitarnych i epidemiologicznych.

Tereny powiatu nie dotknięte jeszcze szabrownictwem były ogromnym składem porzuconego sprzętu wojskowego. Przypadek sprawił, że na polach Milejewa, odkryłem ruchomą wojskową odwszalnię z kąpieliskiem namiotowym na 10 osób, z niedużymi uszkodzeniami. Sam nadzorowałem naprawę i z prawdziwym tryumfem udało się nam ją uruchomić. Wiosną 1946 r. z darów UNRRA przydzielono nam sanitarkę „Dodge” i półciężarowy samochód, co razem stanowiło wspaniałe wyposażenie Kolumny Sanitarnej. Czas naglił, choroby zakaźne przybierały już postać epidemii, zwłaszcza niebezpieczny był dur plamisty związany z zawszeniem. Zaczęło się przeczesywanie powiatu. Kolumna Sanitarna w składzie, jak wymieniłem, ze sprzętem załadowanym na samochody, dzień w dzień kontrolowała wsie i osady, stosując rygorystycznie w wypadku zawszenia strzyżenie włosów, dezynsekcję i dezynfekcję parową połączone z kąpielą.

Przyjazd do wioski karawany samochodów i rozbicie kąpieliska robiło wrażenie. Ludność przeważnie niemiecka poddawała się kontroli bez sprzeciwu. Jednocześnie wykrywano chorych i przewożono do szpitala w Elblągu, tym bardziej, że ilość zachorowań na tyfus i czerwonkę nadal rosła. Innym nie mniej ważnym zagadnieniem, to choroby weneryczne jak kiła i rzeżączka, przybierające również postać epidemii, obejmując ludność niemiecką i osiadłą polską. Chyba nie będzie przesadą, jeśli powiem, że co trzeci mieszkaniec Elbląga chorował na jedną z tych chorób.

Ostre schorzenie przewodu pokarmowego połączone z biegunką i wymiotami było na porządku dziennym i musiał przejść je prawie każdy z przybyłych osadników. Chorowałem ja i moja żona wśród objawów ciężkiego zatrucia, leczyliśmy się przywiezionymi sulfamidami, ale właściwie trzeba było liczyć więcej na odporność i siły obronne organizmu. Malaria zawleczona przez wojsko z tropiku miała swoje źródło w rozlewiskach wodnych zalanych Żuław i wśród żyjących tam milionów komarów, które niemiłosiernie i boleśnie atakowały wszystko, co żywe. Czerwonka, dur brzuszny, dur plamisty i inne choroby zakaźne występowały częściej niż normalnie. Poza tym odra, szkarlatyna, ospa wietrzna, gruźlica zapalenie opon mózgowych, wypadki Heine-Medina czyli paraliżu dziecięcego, który później przerodził się w epidemię i dotknął tragicznie wiele dzieci, nie oszczędzając i moich. Brak wody, kanalizacji, światła, gazu, zaśmiecenie placów i ulic wszelkiego rodzaju brudem, ekskrementami ludzkimi i zwierzęcymi, trupy ludzkie i zwierzęce jeszcze nieuprzątnięte w różnych zakamarkach i piwnicach, powodujące plagę much i gryzoni uzupełniły iście ten apokaliptyczny obraz. Byliśmy jednak zahartowani okrutną okupacją, a zdobyta takim trudem wolność oszałamiała jak narkotyk i paraliżowała strach. Trzeba było podjąć walkę o życie i przetrwanie. Powiatową Kolumnę Sanitarną czekały odpowiedzialne zadania, zdawaliśmy sobie z tego sprawę i nie szczędziliśmy sił, by te zapasy z niewidzialnym wrogiem wygrać.

Już w sierpniu 1945 r. wykonujemy pierwsze szczepienia p-durowi brzusznemu w mieście i powiecie. Zjawiająca się powoli w kranach woda, przesyłana jest do kontroli w Gdańsku. Pierwsze wyniki były przerażające, coli miano kwalifikuje z takim trudem uruchomione wodociągi do zamknięcia. W wodzie znaleziono ponadto duże ilości cząstek organicznych świadczących o uszkodzeniach filtrów i ujęć wodnych, z których Elbląg czerpał wodę, ale innej wody w Elblągu nie ma, a nieliczne studnie nie zaspokoją potrzeb. W porozumieniu z Zakładem Higieny w Gdańsku zaczynamy chlorowanie wody i to w dawkach maksymalnie dopuszczalnych. Na ulicach pojawiają się ogłoszenia przestrzegające przed użyciem wody nie gotowanej.

Marcel i Izabella Kozłowscy, prowadzą szpital zakaźny, w dużym budynku mieszkalnym przy ul. Trybunalskiej 11. Brakuje łóżek i leków.

W niektórych pomieszczeniach chorzy na dur brzuszny, czerwonkę, leżą pokotem, oczekując na zwolnienie łóżka, osobne pomieszczenie jest dla konających, a stąd tylko droga do piwnic, jakby mitologicznego Hadesu. Nie odebrane zwłoki grzebie się we wspólnym grobie na pobliskim cmentarzu i przesypuje się białym całunem wapna, a cmentarz ów to przestrzeń, gdzie dziś krzyżuje się Trybunalska z ul. Świerczewskiego. Gdy po latach przekopywano tam drogę, napotykano tam na wielu luźno leżących czaszek ludzkich i kości. Różnie to komentowano, cmentarz był stary, a nikt z obecnych nie wiedział, że to ślady tak niedawnej tragedii.

Stałem chwilę wśród przechodniów i milczałem. Po co wywoływać widma tamtych lat? Pracując z poświęceniem lekarze Kozłowscy nie ustrzegli się od zarażenia durem plamistym, a ich nieobecność i trudne warunki zachwiały działalnością, szpitala. Komisarz do Walki z Epidemiami lek. med. Jan Kłoniecki z Gdańska zarządza likwidację szpitala i w sąsiedztwie Urzędu Miejskiego buduje Kąpielisko Miejskie i odwszalnię (dziś już nie istniejące). Tak rozgrywała się walka z chorobami zakaźnymi. Wspomniałem już, że drugie ważne zagadnienie epidemiologiczne to choroby weneryczne. Gdy zaczął się organizować Szpital Miejski w marcu 1945 r. jako jeden z pierwszych powstał oddział weneryczny, największy z oddziałów szpitala, którego obłożenie przekraczało połowę stanu chorych szpitala. Chorzy to w 90 proc. Niemcy, którymi opiekował się lekarz radziecki - wspomina w sprawozdaniu mgr Szałek. Jeszcze ten sam stan zastałem w czerwcu 1945 r., gdy przeprowadzałem kontrolę.

Oddział weneryczny mieścił się w starej nie istniejącej już szkole przy ul. Traugutta 9, w miejscu obecnej Szkoły Muzycznej. Inne oddziały szpitala już były przy ul. Związku Jaszczurczego, dziś oddziały wewnętrzne Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego. W lipcu 1945 r. zgłosił się do mnie st. felczer Franciszek Kowalski, posiadający duże doświadczenie w zagadnieniach wenerycznych, jako były pracownik wojskowych szpitali wenerycznych od czasu I Wojny Światowej, człowiek o wielkich zaletach osobistych i dyscyplinie wewnętrznej i jemu zleciłem opiekę nad oddziałem wenerycznym. Leczenie wreszcie stało się uporządkowane i zgodne z wymogami ówczesnej wiedzy lekarskiej. Proszę pamiętać, że penicyliny jeszcze nie znano i w kile stosowano kuracje salwarsanowo-bizmutowe. Chory przebywał w szpitalu tylko do czasu ustąpienia objawów choroby, a dalsze leczenie kończył w ambulatorium.

Rozpoznanie choroby odbywało się na badaniu przedmiotowym chorego i badaniu mikroskopowym, w przypadku kiły wykonywano preparat tuszowy poszukując krętków, daleki od doskonałości oglądania krętków żywych w ciemnym polu widzenia. Badania serologiczne Wassermana, kłaczkujące zaczęliśmy wykonywać dopiero jesienią 1945 r., przesyłając próbki krwi do Gdańska. Rozpoznanie rzeżączki uzupełniano wykonaniem wymazu z dróg moczowo płciowych i barwieniem błękitem metylowym. W leczeniu stosowano sulfamidy doustnie 20 tabl. po 0,5 gr. w dawce dziennej 3 gr., dające prawie 100 proc. wyleczenia. Nie zawsze można było zdobyć w dostatecznej ilości i w takich wypadkach zalecano płukanki, szczepionki, mleko. Nic dziwnego, że efekty lecznicze rzeżączki nie były zadowalające, a ilość chorych niepokojąco rosła. Dokładnych cyfr zachorowań z tego okresu nie znamy, nie prowadzono statystyk, ale w przybliżeniu określam na 2 do 3 tysiące osób. Podczas, gdy dziś stan 340 zachorowań w roku uważa się za alarmujący. Dopiero dekret Krajowej Rady Narodowej z dnia 16 kwietnia 1946 r. o zwalczaniu chorób wenerycznych i stworzenie specjalnych kolumn przy każdym Urzędzie Wojewódzkim, dały podstawy prawne do stosowania przymusu w leczeniu, oraz stały się zaczątkiem wielkiej akcji, zwanej w skrócie „W” nie mającej równej sobie w świecie. Kolumna taka składała się z sanitarki wyposażonej w mikroskop z ciemnym polem widzenia, mały zestaw laboratoryjny i leki p-weneryczne. Kierownikiem był lekarz specjalista wenerolog i dwie pielęgniarki. Przyjazd takiej kolumny to masowe badania laboratoryjne, przedmiotowe i serologiczne ludności. Posługiwano się też w badaniach krwi prostą i niezawodną metodą Choediaka. Wykryte świeże zachorowania i stare, kierowano do leczenia szpitalnego lub poradni skórno-wenerycznej.

Likwidacja oddziału wenerycznego szpitala w Elblągu w 1946 r., łączy się z powstaniem Poradni Skórno-Wenerycznej przy ul. Grochowskiej za kanałem pod kierownictwem lekarza Anatola Czerniecowa i współpracującego z nim poznanego już wcześniej st. felczera Kowalskiego. Zaczyna się już bardziej zorganizowana praca, Prowadzi się historię choroby statystykę i poszukuje kontaktów. Leki w dostatecznej ilości nadsyła Wojewódzka Poradnia Skórno Weneryczna z Gdyni kierowana energicznie przez dr Aiszę Szumską-Markiewicz, która dla Elbląga przez 30 lat była niezmiennie przyjazna i życzliwa. Zmniejsza się szybko ilość zachorowań, ale sytuacja nie jest opanowana. Jesteśmy w przededniu ery penicyliny, która później zmieni radykalnie sytuację epidemiologiczną. Trzeba jeszcze czekać długie dwa lata, nim w Elblągu pojawi się najcudowniejszy lek dwudziestego wieku.

Ale co się dzieje w tym czasie w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym, organizowanym i prowadzonym, jak wspomniałem, przez Ignacego Widotę. Agendy i oddziały rozrastają się szybko. Państwowy Urząd Repatriacyjny przejmuje prawie całkowicie działalność i pośrednictwo w osadnictwie miejskim i wiejskim. Przybywają nie tylko rodziny, ale całe transporty zza Buga i Wileńszczyzny. Pomieszczenia przy ul. Ogrodowej już nie starczają i w sierpniu 1945 r. PUR przenosi się do dużego budynku, byłej siedziby hitlerowskiego sztabu, obecnie Urzędu Wojewódzkiego przy ul. Wojska Polskiego. Przenoszę również i ambulatorium PUR, ale mam już do pomocy dwie pielęgniarki Hołubowicz i Jakubczyk. Ilość przyjęć rośnie, tym bardziej, że z darów UNRRY rozdajemy dla dzieci mleko w proszku, soki, owoce, kakao. Wykonujemy u repatriantów wszystkie szczepienia ochronne. Ale w parę miesiącu później i nowe pomieszczenie okazuje się dla PUR niewystarczające.

Przyjeżdżają rodziny z dobytkiem, czasem inwentarzem żywym, trzeba ich do czasu wyboru miejsca osiedlenia i załatwienia formalności przetrzymać, a nawet żywić. Rozglądamy się za nowym miejscem i wybór pada na puste koszary przy ul. Saperów. To obiekt już naprawdę wielki, a liczne zabudowania wokół dużego placu nadają się szczególnie. Na wiosnę 1946 r, PUR jest już w nowej siedzibie i pozostanie już do czasu rozwiązania. Kadra pracownicza w szczycie działalności, co przypada na rok 1946/47, liczy około 400 osób. W tym czasie moja działalność w PUR stała się coraz trudniejsza. Elbląg wskutek zniesienia statusu miasta wydzielonego, przeszedł w całości pod zarząd starostwa, powiększając zakres mojej działalności w mieście. Złożyłem więc w czerwcu 1946 r. rezygnację ze stanowiska lekarza punktu etapowego, a obowiązki przejął lek. med. Stanisław Łukaszewski.

Wkrótce potem otrzymałem zawiadomienie, że rozpocznie się ewakuacja zamieszkałych jeszcze w mieście i powiecie Niemców. Z urzędu przypadł mi nadzór sanitarny nad całą akcją. Wspomniałem już uprzednio o składzie ludności powojennego Elbląga, gdzie obok Niemców, którzy jawnie przyznawali się do niemieckiego pochodzenia, była też grupa zniemczałych mieszkańców polskiego pochodzenia, nazywających się Mazurami.

W chwili ogłoszenia ewakuacji znaczna część tych Mazurów wyraziła gotowość wyjazdu, dając do zrozumienia, że przyznanie się poprzednie do polskiego pochodzenia było nieszczere, bo w duszy czuli się Niemcami, ale też i nikt ich do pozostania nie przymuszał. Przygotowanie list ewakuacyjnych należało do terenowych władz, zaś odprawa sanitarna do PUR. Ewakuowany musiał być zdrowy, posiadać zaświadczenia odpowiednich szczepień i przeglądu sanitarnego. Chorzy repatrianci podlegali innym kryteriom ewakuacyjnym. Ilość ewakuowanych wynosiła kilkanaście tysięcy, którzy w przeddzień wyjazdu zaczęli ściągać do Elbląga. Lokowano ich w PUR i w obszernych halach Rzeźni Miejskiej jeszcze w owym czasie nieczynnej.

Podczas sprawdzania list i kart ewakuacyjnych okazało się, że przez niedopatrzenie PUR-u około 4 tys. osób nie miało zaświadczeń odbytych szczepień i przeglądu sanitarnego. Co robić? Zawisła groźba częściowego odwołania transportu, połączonego z ogromnymi stratami materialnymi, bo te parę tysięcy osób należało później gdzieś ulokować i żywić do czasu następnego transportu. W tym czasie określało się takie wydarzenia krótko: sabotaż, winni przecież byli. Jako nadzorujący kontrolę sanitarną, podejmuję dramatyczną decyzję: przeszczepić wszystkich natychmiast i dokonać przeglądu sanitarnego.

Była niedziela, a więc jeszcze dodatkowa przeszkoda w odszukaniu i ściągnięciu pracowników. Jednak udaje sie zorganizować kilka zespołów do szczepień. Posiadałem na szczęście sprzęt i szczepionki w dostatecznej ilości, Kolumna Sanitarna rozpoczęła przegląd, stosując proszek DDT i wydając indywidualne zaświadczenia. Nikt nie zdawał sobie sprawy, jak rozpaczliwie walczyliśmy z czasem i wydawało się niemożliwe, by w ciągu dnia odprawić i przeszczepić parę tysięcy osób, a przecież pod wieczór zakończyliśmy akcję.

Nie spałem tej nocy, przerażony byłem, co zrobiłem. Jutro jest dzień wyjazdu, widzę dziesiątki gorączkujących Niemców i wyobrażam sobie różne powikłania poszczepienne. Gdy nazajutrz odwiedziłem hale, ze zdumieniem stwierdziłem, że nie było zgłoszeń do lekarza. Wola wyjazdu była silniejsza od niewątpliwych dolegliwości po szczepieniu, jakie musiały wystąpić u niektórych osób i ta zmowa milczenia była mi bardzo na rękę. Odetchnąłem z ulgą, najgorsze miałem za sobą. Na miejscu załadowania i ostatniej kontroli w Elewatorach Zbożowych nad rzeką Elbląg zbiera się komisja z przedstawicieli władz miejskich i powiatowych, Milicja Obywatelska, Urząd Bezpieczeństwa, Partii i Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. Ogromne barki transportowe stały już przy nabrzeżu z otwartymi lukami, opieka sanitarna pod kierownictwem st. felczera Kowalskiego i członkowie Kolumny Sanitarnej wyposażeni w apteczki podręczne byli rozdzieleni na poszczególne barki. Przed Elewatorami zbiera się i formuje w długą kolejkę, gubiącą się daleko za Browarem, niemiecka ludność Elbląga, opuszczająca na zawsze nasze miasto. Każdy z osobistym bagażem do 25 kg. Nawet małe dzieci uginające się pod ciężarami przerastającymi ich siły.

Chwila wielkiej wagi i historycznego znaczenia. Zostajemy sami, nie będzie już więcej mniejszości narodowych. Utrwaliłem te chwile kilkoma zdjęciami. Ewakuacja barkami była najprostszą drogą do Gdańska i innych miast portowych. Nie było jeszcze bezpośredniego połączenia kolejowego z Gdańskiem i przez pierwsze lata jeździliśmy do Gdańska tą drogą, pasażerskimi statkami. Po powrocie dowiedziałem się od Kowalskiego, że interweniował on kilkakrotnie na różnych barkach z powodu zasłabnięć i stanów gorączkowych, ale w takiej masie ludzkiej i wśród przeważnie starszych osób, mogło to się zdarzyć niezależnie od szczepień.

Jakże inaczej wyglądały takie ewakuacje jeszcze 2-3 lata temu, których byłem również świadkiem i gdzie miejscem przeznaczenia była nie ojczyzna, ale komory gazowe.

Do moich obowiązków jako lekarza powiatowego w r. 1945 należało poznanie powiatu i zamieszkałej ludności. Miałem do dyspozycji samochód i mogłem w każdej chwili udać się w teren. Do moich zadań należało też poszukiwanie sprzętu sanitarnego, porzuconego przez cofające się wojska niemieckie i ewakuowane szpitale ze wschodu. Posługując się często informacjami od zamieszkałej ludności odkrywałem ukryty lub przechowywany sprzęt medyczny, tak bardzo potrzebny do wyposażenia nowych placówek. I tak pewnego razu odkryłem w Jelonkach sąsiadujących z naszym powiatem, ale już na terenie powiatu pasłęckiego, cały zestaw aparatury rentgenowskiej, zatopiony w głębokim stawie. Dla sprawdzenia, nie bez dużych trudności, wydobyłem go na wierzch. Ale kilkumiesięczny pobyt w wodzie uszkodził nieodwracalnie cały sprzęt, o czym mogłem przekonać się po przywiezieniu go do Elbląga.

Wieść o tym „cennym” odkryciu rozniosła się szybko i wkrótce cały Pasłęk wystąpił o zwrot, jak określono w piśmie „zagarniętego mienia poniemieckiego” z terenu powiatu pasłęckiego, co należało odczytać przez nie znających się na rzeczy „skradzionego” mienia poniemieckiego. Nie było o co prowadzić wojny. Bezużyteczny sprzęt załadowałem na samochód i przekazałem do Pasłęka, który chciał wykorzystać cudzą inicjatywę. Kto wie, czy gdybym był nie okazał zainteresowania i nie chciał sprawdzić, co się da uratować z zatopionego sprzętu, to pewnie tkwiłby do dzisiejszego dnia i czekał na swojego odkrywcę.

Doświadczenie okupacyjne przy samotnej pracy na wsi i pewna praktyczna wiedza w różnych specjalnościach (ginekologiczno-położniczej, internistycznej, chirurgicznej) jednała mi szybko ludność powiatu i zaufanie, tym bardziej, że miałem do dyspozycji samochód i mogłem o każdej porze dnia czy nocy udzielić potrzebnej pomocy lekarskiej. Przez okres trzech lat byłem w tej pracy niezastąpiony. Porad i pomocy udzielałem bezpłatnie, ale przyjmowałem ofiarowywane produkty żywnościowe, których wieś posiadała pod dostatkiem, a w Elblągu, co tu dużo gadać, czasami był głód. Miesięczne pobory wynosiły 1000 zł, to jest zaledwie jak już wspomniałem 2 kg masła. Trzeba było żyć na własny rachunek.

Z tego czasu pozostało mi w pamięci wydarzenie, które warto przytoczyć dla ilustracji trudnej i konfliktowej działalności lekarskiej. Było to w okresie zimy 1945/46. Pewnego mroźnego ranka w zadymkę śnieżną, czas - jak to się mówi - że i psa trudno wypędzić z domu, zjawia się ob. S. z Tolkmicka, przybyły traktorem, z żądaniem udzielenia pomocy rodzącej żonie. Droga była nieprzejezdna dla samochodu, więc przyjechał traktorem. Nie miałem wyboru, szykowała się jazda otwartym traktorem na zderzaku, z tyłu za kierowcą. Jadąc przeklinałem w duchu pieski zawód i obiecywałem sobie, że nigdy więcej na taką jazdę się nie zgodzę. Ale jakoś dojechałem, zmarznięty na sopel lodu. Nie było czasu na rozgrzewkę, sytuacja wymagała ukończenia porodu przy użyciu kleszczy, a potem wystąpiły dalsze powikłania. Nie będę się wdawał w szczegółowe wyjaśnienia, dość że wszystko skończyło się pomyślnie i z zadowoleniem obserwowałem radość obecnych. Jak na warunki domowe należało określić ten poród jako bardzo ciężki i niebezpieczny dla matki i dziecka. Wówczas stało się coś, co zmroziło mnie ponownie i zabrzmiało złowrogo jak echo okupacji.

Oto ojciec dziecka, ten sam, który mnie przywiózł z Elbląga, dziękując za pomoc powiedział: byłem przygotowany na to, że jeśli mi pan odmówi przybycia, to zmuszę pana groźbą użycia broni i na dowód wyjął z kieszeni rewolwer. Oniemiałem na chwilę i pomyślałem, a co by było, gdyby mi się nie powiodło. „Czy musiał mi pan to teraz powiedzieć? - wykrztusiłem - gdy nie było potrzeby jej użycia?” Ale nie otrzymałem odpowiedzi, tylko zauważyłem na jego ustach coś jakby lekki uśmiech. Szaleniec? Nie, to właśnie był znak czasu, czyli siła przed prawem. Miał w garści siłę i był spokojny o przebieg zdarzeń. Zupełnie jak kadr z filmu o dzikim zachodzie, i czy warto się zastanawiać, jak różnic mogły potoczyć się wypadki? Codzienne życie dostarczało coraz to innych nie mniejszych emocji.

Gdzieś we wrześniu 1945 r. złożyłem pierwsze obszerne sprawozdanie z dotychczasowej działalności, ze stanu epidemiologicznego i planów organizacyjnych Służby Zdrowia w powiecie elbląskim, zdobywając zaufanie i pieniądze z Wojewódzkiego Urzędu Zdrowia w Gdańsku. Zdawałem sobie sprawę, że rosnące osadnictwo wiejskie będzie potrzebować placówek Służby Zdrowia. Ale wbrew temu, co powiedział mi prezydent Wysocki przy prezentacji, odczuwało się dotkliwy brak lekarzy. Jak mogło być inaczej, gdy po wojnie doliczono się zaledwie 6 tys. lekarzy z 12 tys. przedwojennych, podczas gdy dziś mamy 65 tysięcy i nadal odczuwamy braki.

Nie mogłem więc liczyć na obsadę lekarską powstających ośrodków w powiecie i w najbliższych latach miały powstać w każdej gminie punkty sanitarne z akuszerką spełniającą również rolę pielęgniarki i w miarę możliwości z dojeżdżającym lekarzem przynajmniej dwa razy w tygodniu. W Tolkmicku, jedynym mieście w powiecie, w dawnym szpitaliku poniemieckim (obecnie Zakład dla Nieuleczalnie Chorych), projektowałem urządzić Izbę Chorych i ambulatorium ze stałym lub dojeżdżającym lekarzem. Trzeba było w północnej części powiatu, tzn. w Pogrodziu stworzyć dla najliczniej osiadłej ludności Wzorowy Ośrodek Zdrowia, tym bardziej, że sąsiednie powiaty pasłęcki i braniewski, znajdujące się na krańcach województwa olsztyńskiego nie przejawiały żadnej działalności w tym kierunku. Praca administracyjna stawała się coraz łatwiejsza i o ile początkowo działalność sanitarną opierałem tylko na własnej znajomości przepisów, to już jesienią 1945 r. miałem zbiór przepisów sanitarnych i rozporządzeń obowiązujących od 1920 r. A okrągła pieczęć nadesłana przez Ministerstwo Zdrowia była jakby atrybutem władzy sanitarnej, ze skutkami administracyjnymi.

Co było ważne jeszcze w mojej działalności, to osobne „budżetowanie” i możliwość dysponowania pieniędzmi. Rekrutację akuszerek i osadzanie ich w Gminach ułatwiał PUR, stosując dodatkowe bodźce, czy to w wyborze lepszych gospodarstw, czy przydziale większych kredytów. W Tolkmicku osiedliłem st. felczera Mieczysława Rode, którego obecność wykorzystałem w innej sytuacji w dwa lata później. Plany realizowały się szybko, powstał Ośrodek Zdrowia w Pogrodziu, największe dzieło mojej pracy w powiecie. Śmiałością projektowania wybiegał daleko w przyszłość i warto się z nim bliżej zapoznać. Ważne było, że napotkałem budynek w Pogrodziu, który specjalnie odpowiadał moim zamierzeniom i nie wymagał dużych nakładów finansowych na remont i adaptację do nowego przeznaczenia, dlatego przedstawię krótką charakterystykę, potwierdzającą jego przydatność, już jako Ośrodek Zdrowia. Na parterze mieściło się ambulatorium, kuchnia mleczna z osobnym wejściem, pokój naświetlań lampą kwarcową, poczekalnia, duża sala wykładowa na 50 osób dla celów oświatowych i pokój administracyjny, wyposażony w maszynę do pisania i telefon łączący bezpośrednio z Elblągiem. Woda w budynku pobierana była ze specjalnej studni w piwnicach przy pomocy pompy ssąco-tłoczącej i i automatycznie rozprowadzana po budynku przy pomocy instalacji c.o. Na górze izba porodowa z dwoma stanowiskami dla rodzących i przyległą do niej rozbieralnią i łazienką wyposażoną w duży bojler elektryczny. Z porodówki położnica udawała się osobnym wejściem na salę porodową obliczoną na 10 łóżek i towarzyszącymi łóżeczkami dla niemowląt. Porodówka wyposażona była bogato w sprzęt lekarski i narzędzia lekarskie z ciepłą i zimną wodą. Kuchnię zaopatrzono w nowy sprzęt kuchenny. Do innych pomieszczeń sprowadzono sprzęt i umeblowanie lekarskie. W 1947 r. otwarto Ośrodek, a kierownictwo nad nim objąłem sam, mając do pomocy felczera Jocza, pielęgniarza Paliborka oraz akuszerkę i sprzątaczkę. Warunki położnic były dużo lepsze niż w najlepszym szpitalu. Nie pobierano żadnych opłat za pobyt, poza dostarczeniem produktów żywnościowych, lub ekwiwalentu pieniężnego. Ośrodek prowadził, korzystając z usług pobliskiej Spółdzielni Rolniczej, własne 12-hektarowe gospodarstwo z inwentarzem żywym, na potrzeby ośrodka i był samowystarczalny, a ciężarne coraz częściej zgłaszały się z dalszych okolic i sąsiednich powiatów, a nawet z Elbląga.

Założenia organizacyjne okazały się słuszne i rok 1948 został zamknięty nadwyżką budżetową około 100 tys. zł. wynikłą z działalności gospodarstwa rolnego i darów miejscowego i okolicznego społeczeństwa na dalszą rozbudowę. Zamierzałem nabyć sanitarkę, celem uniezależnienia się od Elbląga. Ale przejęcie nadzoru przez Wydział Powiatowy i konieczność odprowadzania nadwyżek do kasy Starostwa uniemożliwiły tą ostatnią inwestycję. Ośrodek już nie rządził się sam, był zarządzany z Elbląga i po kilku latach świetności zaczął podupadać, a po śmierci fel. Jocza, który umiał gospodarzyć, zszedł do roli wiejskiego ośrodka zdrowia i takim pozostał do dziś. Izby porodowej nie ma. Nie miałem już wpływu na bieg wydarzeń, bo odszedłem wcześniej do innych zadań. Zamknęła się jeszcze jedna karta mojej działalności pionierskiej. W owym czasie był to ciekawy eksperyment i budził zainteresowanie sięgające daleko poza Elbląg. Był odwiedzany nawet przez cudzoziemców. Szkoda, że nie było komu później kontynuować tej pożytecznej idei.

Ale pojawiło się nowe zagadnienie i to niebagatelne z punktu widzenia gospodarczego i epidemiologicznego. Narastająca od zakończenia wojny ilość gryzoni, myszy i szczurów, przybrała w 1947 r. rozmiary klęski. Nie było czymś niezwykłym zobaczyć w biały dzień, jak między domami lub ulicami przemykają szczury, a szczytem wszystkiego były codzienne harce szczurze na sąsiednim daszku, przylegającym do moich okien biurowych w Starostwie, w drugiej siedzibie przy Al. Grunwaldzkiej. Alarmował nie tylko Elbląg. Podobna sytuacja była i u naszych sąsiadów. Były wypadki pogryzienia niemowląt. Wreszcie walka została wypowiedziana.

Otrzymałem z Ministerstwa pół miliona złotych na przeprowadzenie deratyzacji. Nie będę się wdawał w szczegóły opracowanego planu, ale ogólną zasadą było masowe i zbieżne w czasie wyłożenie trutek w powiecie i mieście. Wydatki z kredytów każdorazowo musiały być akceptowane przez Starostę, który miał prawo zwalniać od opłat, gminy, osady a nawet indywidualnych osadników. Na owe czasy była to wielka akcja, ale mieliśmy do dyspozycji wielkie pieniądze, za którymi kryła się niebezpieczna odpowiedzialność. Musiałem więc akcję przeprowadzić wzorowo. Zaangażowałem więc do tej pracy cały sztab ludzi zaufanych i niezastąpioną Kolumnę Sanitarną, wyznaczając z góry wysokie nagrody z 10 proc. bonifikaty od sprzedanych trutek, zagwarantowanej umową z Przedsiębiorstwem Deratyzacji w Gdańsku. Jednocześnie prowadziłem skrupulatnie dokumentację wydatków, zawsze akceptowanych przez Starostę. W oznaczonym dniu akcja przebiegała nadzwyczaj pomyślnie. Osobiście i przez wyznaczonych kontrolerów sprawdzano wiele wsi, domostw i tylko nieliczni nie zastosowali się do zarządzeń. Szczury na wspomnianym daszku zniknęły, to był widoczny skutek deratyzacji. Zakończeniem było sporządzenie szczegółowego sprawozdania, popartego wyczerpującą dokumentacją wydatków.

W kilka miesięcy później, na spotkaniu lekarzy powiatowych, dr Kłoniecki nadzorujący z ramienia Urzędu Wojewódzkiego sprawy deratyzacji powiadomił mnie, że zostało wdrożone śledztwo w sprawie milionowych nadużyć przy deratyzacji, a jeśli chodzi o moją osobę, to miałem się rzekomo nie wyliczyć ze 180 tys. zł. Bagatela, przecież złożyłem dokładne sprawozdanie w Wojewódzkim Urzędzie i mam urzędowe poświadczenie odbioru.

Byłem spokojny, a jednak po kilku dniach wezwano mnie do Gdańska. Okazało się, że poprzednie sprawozdanie jest zdekompletowane i część kwitów zaginęła. Przedstawiłem wobec tego do wglądu drugi egzemplarz, który miałem ze sobą, odmawiając pozostawienia w takich okolicznościach, świadomy, że w tej rozgrywce posiadam jedyny, niepodważalny dowód obrony. Istotnie, po paru dniach przybyła specjalna Komisja z Warszawy, która po dokładnym przestudiowaniu dokumentacji, a trwało to kilka denerwujących godzin oświadczyła: jest pan wolny. Ach to tak, więc mogło być i inaczej? pomyślałem i dopiero teraz skojarzyłem sobie obecność dwóch panów zajmujących stanowiska w drzwiach wyjściowych. Stwierdzamy, że nie znaleźliśmy żadnych uchybień, a przedstawione dowody w zupełności wyczerpują prawidłowość rozliczeń. Niestety, jeszcze w dwa lata po tych wydarzeniach nie żyjący prokurator Firmaniuk wezwał mnie do Prokuratury i z pewnym posmakiem sensacji zarzucił przywłaszczenie 40 tys. zł. z okresu deratyzacji. Nie wiem, jakimi drogami przez długie dwa lata szło dochodzenie i dlaczego ze 180 tys.zł. zmniejszono mi kwotę do 40 tys.zł., czy komuś zależało na mojej kompromitacji? Czy taki już dziwny był bieg wypadków? Pozostanie na zawsze tajemnicą. W tym czasie nie byłem już lekarzem powiatowym i z pewnym niepokojem szedłem do Starostwa, czy aby jest przechowywana dokumentacja, która już raz ocaliła mi wolność? Przecież mogła zaginąć? I co wtedy? Ale była i posłużyła jeszcze raz do obrony, tym razem ostatniej.

A życie w Elblągu toczyło się swoimi drogami. W czerwcu 1945 r. przybył do Elbląga Stefan Klimkiewicz, były poseł do Sejmu w okresie przedwojennym z ramienia Stronnictwa Ludowego. Nie przypuszczałem, że moje losy tak bardzo będą zależne od tej znajomości. Człowiek, który już dawno parał się polityką, zaraz rozwinął swoją działalność i po porozumieniu się z Ignacem Widotą, kierownikiem PUR i Tadeuszem Topolnickim, kierownikiem Urzędu Skarbowego w Elblągu zgłosili się do mnie z propozycją utworzenia Polskiego Stronnictwa Ludowego. Nigdy nie miałem czasu brania udziału w życiu politycznym, nie miałem w tym kierunku zainteresowań. Ale argumentacja, jaką mi przedstawili, powołując się na moje kontakty ze wsią, jako lekarza powiatowego i lekarza PUR znanego wśród osiedlającej się ludności, a więc osoby budzącej pewne zaufanie, z łatwym dojazdem do wsi i trafienia do serc ludzkich, przekonały mnie ostatecznie. W okresie okupacji byłem bliski wsi i nie mogłem być obojętny, znając jej zacofanie i potrzeby. Powstaje więc Polskie Stronnictwo Ludowe w Elblągu. Do czasu wyboru władz, przewodniczącym zostaje Klimkiewicz, sekretarzem Topolnicki, członkami zarządu Widota i Żak, a siedzibą budynek Urzędu Skarbowego, który obecnie zajmuje Wojewódzki Komitet Partii PZPR przy ul. Mickiewicza.

Powstanie Polskiego Stronnictwa Ludowego, otworzyło nam drogę do szerszej działalności. Zostaliśmy radnymi Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Elblągu. Otrzymałem stanowisko przewodniczącego Komisji Zdrowia. Topolnicki został przewodniczącym Komisji Finansowej. W sierpniu 1945 r. na plenarnym posiedzeniu Prezydium wygłosiłem pierwsze sprawozdanie, o stanie sanitarnym miasta, przedstawiając krytyczny stan epidemiologiczny i propozycje środków zaradczych. Po zebraniu odbyłem dłuższą rozmowę z przewodniczącym Dudą-Dziewierzem, który interesował się sytuacją zdrowotną w Elblągu i sprzyjał rygorystycznym zarządzeniom, a w szczególności przyspieszeniu powszechnego szczepienia ludności, poprawie jakości wody, odbudowie Kąpieliska Miejskiego przy ul. Czerwonego Krzyża i dalszemu rozwojowi placówek służby zdrowia. Niedługo przyszło mi pracować w roli radnego. Zimą 1945 r. w czasie jednego z posiedzeń, przewodniczący obradom Niepokulczycki, odczytał krótką rezolucję uchwały, pozbawiającą nas mandatów radnych, a jako powód wykluczenia, powołano się na wrogą działalność stronnictwa. Opuściliśmy obrady w milczeniu i wymownej ciszy na sali, przeświadczeni o krzywdzącej uchwale, gdyż postępowaniem naszym, nic daliśmy żadnego powodu, by nasza działalność w Elblągu miała jakiekolwiek cechy antypaństwowe. Stronnictwo rozwijało się nadal i w 1946 r. odbyło się walne zebranie, na którym wybrano nowe władze. Składu Zarządu nie pamiętam, ale przewodniczący pozostał nadal Klimkiewicz.

W 1947 r. odwiedził Elbląg St. Mikołajczyk dla ratowania pozycji Stronnictwa, ale przebiegu obrad nie znam, gdyż już nie byłem członkiem Zarządu. Rozłam w Ruchu Ludowym i stopniowo malejąca aktywność PSL doprowadza później do zjednoczenia Stronnictw, dając początek Zjednoczonemu Stronnictwu Ludowemu. Nie brałem udziału w życiu politycznym, mimo zachęty wojewody gdańskiego Dudy-Dziewiarza, poświęcając się wyłącznie działalności zawodowej. Stefan Klimkiewicz w kilka lat później zmarł, a Ignacy Widota i Tadeusz Topolnicki opuścili Elbląg na zawsze. Lata 1945/46 w życiu Elbląga były najbardziej dynamiczne w rozwoju miasta i to we wszystkich zagadnieniach odbudowy gospodarki i administracji. W lipcu 1945 r. przybyli przedstawiciele sądownictwa i prokuratury w osobach: prezesa sądu Różańskiego, sędziego Zygmunta Gdulewicza, późniejszego zdolnego adwokata, szefa prokuratury Kazimierza Giedroycia. Tymczasową siedzibą tych władz zostały budynki mieszkalne przy ul. Sienkiewicza i tam też zamieszkali. Zaprzyjaźniłem się z tym zespołem, gdyż lekarz powiatowy z urzędu był biegłym sądowym w zakresie medycyny sądowej i przyjaźń ta przetrwała przez wiele lat. Jako ekspert lekarski przesiadywałem często w Sądzie, wydając opinię i wykonując sekcję zwłok, dla celów Sądu i Prokuratury. Moja działalność w Sądzie trwała bez przerwy 30 lat, i mogłem bezpośrednio obserwować, jak stopniowo Sąd i Prokuratura wkraczały w codzienne życie.

Początkowo słaba organizacja organów ścigania i niekompetencja, rzadko doprowadzały do ujęcia przestępcy, względy polityczne , emocjonalne i osobiste odgrywały coraz mniejszą rolę. Elbląg pozostawiony sam sobie, z dala od Gdańska, był dobrym terenem do wszelkiego rodzaju nadużyć, przestępstw i samowoli. Hasła praworządności i równości wobec prawa nie zawsze były respektowane, a ambicje i niekompetencja wygrywały ze zdrowym rozsądkiem i względami na dobro publiczne. Z tych powodów wiele dziedzin gospodarki w Elblągu było zaniedbanych, a skutki tego odczuwamy do dnia dzisiejszego. Znajomość tych spraw upoważnia mnie do poruszenia bliskich mi zagadnień lecznictwa w Elblągu. Wróćmy znów do jesieni 1945 r. i popatrzmy, jakimi placówkami leczniczymi dysponuje wtedy Elbląg. Szpital Miejski jest przy ul. Związku Jaszczurczego, z oddziałami chirurgicznym, wewnętrznym, ginekologicznym i Ambulatorium przyszpitalnym, oddział weneryczny przy ul. Traugutta, oddział zakaźny przy ul. Trybunalskiej, Ambulatorium PUR przy ul. Wojska Polskiego, Kolejowa Przychodnia Lekarska przy Dworcu Kolejowym i dopiero w następnym roku powstanie I Miejska Przychodnia Lekarska przy ul. Traugutta. Szpital przy ul. Żeromskiego, obecny Wojewódzki Szpital Zespolony i przy ul. Komeńskiego, teraz 110 Szpital Garnizonowy, zajęte przez Szpitale Polowe Wojsk Radzieckich w miarę zmniejszania się obłożenia rannymi powoli likwidowane z tym, że pierwszy był zwolniony szpital przy ul. Komeńskiego, a później szpital przy ul. Żeromskiego bez wyposażenia. Oba szpitale pozostawały przez jakiś czas bez opieki i ulegały powolnej dewastacji.

W tym czasie ważyły się losy szpitalnictwa na długie lata. Do dziś nic mogę zrozumieć, że wbrew zaleceniom przedstawicieli Służby Zdrowia (byłem przecież na jednej z takich narad) zdecydowano się zająć mniejszy, stary i budowany w ubiegłym wieku szpital przy Żeromskiego, zamiast nowoczesnego, obszernego z 1943 r. prawie trzykrotnie większego w obłożeniu łóżkowym z Komeńskiego. Z wielu wypowiedzi wynikało, że mniejszy szpital będzie mniej obciążał finansowo miasto i wystarczy na potrzeby Elbląga najmniej na 50 lat, a potem wybuduje się nowy szpital. Te oszczędnościowe względy zaważyły na decyzji, ale rzeczywistość nie potwierdziła tych poglądów. Od 15 lat mimo różnych sztuczek i przeróbek wewnętrznych odczuwa się brak miejsc w szpitalu, a chorzy bywa zalegają na korytarzach. Elbląg musi obecnie budować nowy szpital, kosztem wielkich nakładów, rezygnując dobrowolnie ze wspaniałej okazji rozwiązania wszystkich zagadnień Służby Zdrowia jeszcze na długie lata i to w skali wojewódzkiej. Z dalszych losów wiemy, że ulegający dewastacji szpital z Komeńskiego, oddano Straży Pożarnej, a potem przekazano z ulgą Ministerstwu Obrony Narodowej, zobowiązując do częściowej opieki nad ludnością cywilną. Nie mam żadnych zastrzeżeń do działalności obecnego Szpitala Wojskowego, który wykonuje swoje zobowiązania, ratując tragiczną sytuację miejsc szpitalnych w Elblągu i współpracując w obsłudze ludności cywilnej, ale wiadomo że wojsko ma swoje racje i miejsca nie zawsze są dostępne.

Drugie, nie mniej przykre w skutkach zdarzenie miało miejsce w kilka lat później, gdy pragnąłem rozwiązać sytuację weneryczno-skórną, nie najlepszą w Elblągu, co poprzednio przedstawiłem. Dyrektor WPSW w Gdańsku, dr Szumska, przywiozła z Ministerstwa Zdrowia dokumentację na wybudowanie Szpitala Dermatologicznego w Elblągu i 2 miliony zł. na wstępne prace. Chodziło o partycypowanie miasta w budowie. Nie zgodzono się, motywując, że Szpital Wojskowy dostatecznie zaspokaja potrzeby lecznictwa skórno-wenerycznego w Elblągu. Dziś wiemy, że tak nie jest, szansa przepadła bezpowrotnie. Elbląg nie miał mężów opatrznościowych wyprzedzających umysłem rzeczywistość na wiele lat naprzód, dlatego nie można ulegać euforii, że jak często słyszę, odbudowa miasta była ciągłym pasmem pozytywnych osiągnięć. Wiemy, że błądzić jest ludzką naturą, ale sztuką jest unikanie błędów.

Skoro tak obszernie przedstawiłem losy szpitali elbląskich, nie od rzeczy będzie poruszyć poziom lecznictwa szpitalnego z tamtych lat, stojącego rzekomo na niskim poziomie. Wspomniałem już o smutnej statystyce powojennej pielęgniarsko-lekarskiej, w której zanotowano połowę stanu sprzed wojny. Nic dziwnego, że napływ lekarzy i pielęgniarek, do leżącego na uboczu Elbląga był dużo niższy od potrzeb. Brak regularnych dotacji i pomocy finansowej, sprawiał duże trudności gospodarcze szpitalowi, co niewątpliwie miało wpływ na wewnętrzną organizację szpitala i jego działalność. Korzystano z różnych form pomocy od chorych i innych. Lekarze zatrudnieni w szpitalu nie byli klinicystami, ale doświadczenie, wieloletni staż lekarski i duży zasób praktycznej wiedzy medycznej, wystarczały w codziennym życiu. Nie mieliśmy ambicji tworzenia kliniki, ale ofiarowaliśmy choremu swoją najlepszą wiedzę lekarską i serce. Personel pielęgniarski i pomocniczy był bardzo skromny, a luki uzupełniano osobami pragnącymi pracować w tym zawodzie, dokształcając je na stanowisku. Efekty były dobre i wiele praktykantek, które zdecydowały się na pracę w szpitalu, pozostało w tym zawodzie na całe życie, uzyskując dyplomy. Laboratorium szpitalne wykonywało proste analizy. Wyposażenie sal szpitalnych nie odbiegało od dzisiejszego.

Porównując leczenie chorych w ocenie przeciętnej krajowej, uwzględniając wyżej wymienione aspekty, trzeba bezstronnie uznać za dobre, a może równe. Nie było penicyliny, ani antybiotyków, leków hormonalnych, ale były już sulfonamidy, których działanie w wielu wypadkach było również skuteczne. Co do opieki pielęgniarskiej, mimo braków w wyszkoleniu, zaryzykowałbym opinię, że pod niektórymi względami była lepsza, bo bliższa chorego i nie tak rutynowa. W stosunku do dnia dzisiejszego musimy zanotować ogromny postęp w ostatnich 30 latach w zakresie nauki o człowieku, diagnostyki, badań pomocniczych, farmakologii i to uniemożliwia jakiekolwiek porównania. Trudne przypadki chorobowe przekazywano klinikom w Gdańsku. Pogotowia nie było. Nagłe przypadki załatwiał lekarz dyżurny szpitala. Mała ilość lekarzy w szpitalu powodowała, że dyżury nocne pełnili wszyscy lekarze Elbląga. Było to dodatkowe obciążenie w codziennej pracy lekarskiej, ale nie znajdywano innego wyjścia. W wypadku choroby, wyjazdu ordynatora, lub urlopu zastępstwo przejmował lekarz z miasta najlepiej przygotowany do danej specjalności.

Pamiętam, że jako lekarz dyżurny lub zastępca ordynatora musiałem przeprowadzać tracheotomię u duszącego się dyfterytem dziecka, wykonywać zabiegi ginekologiczne, położnicze, małą chirurgię, lub asystować chirurgowi do operacji. Życie nas nie pieściło, nie mieliśmy żadnych ulg, trzeba było być gotowym do działania w każdej chwili z całą swoją wiedzą i umiejętnościami a żądano od nas coraz więcej i więcej. W 1947 r. Lekarz Wojewódzki zjechał specjalnie do Elbląga by wymusić zgodę lekarzy na 12-to godzinny dzień pracy. O nocnej pracy nic się nie mówiło, to było przecież naturalne, a gdzie czas dla siebie i dla rodziny? Jako lekarz powiatowy sprzeciwiłem się stanowczo, byliśmy gotowi na wszystkie ofiary, ale nie na samounicestwienie. Praca lekarza to nie produkcja bubli, zdrowia chorego nie można położyć na półce lub pociąć na złom. Do uchwały nie doszło, ale zostałem czarnym baranem. Szpital miejski w Elblągu w okresie lat 1945/1948 zatrudniał lekarzy stałych i współpracujących. Dla pamięci przytoczę ich nazwiska: stałymi lekarzami byli, dr Netrzer, Kozłowska, Kozłowski, Wąsowski, Wiśniewski, Barański, Nowicki i współpracujący Żak, Florkowska, Milewicz, Gruchalski.

Ale do Elbląga przybywają nowi mieszkańcy, słyszy się tylko język polski. Miasto zaczyna żyć. Jest woda, elektryczność, powstają liczne sklepy prywatne i spółdzielcze. Po liniach tramwajowych krążą stare, sprowadzone z różnych stron kraju wozy tramwajowe, wśród nich poznaję także dobrze mi znaną krakowską jedynkę, pamiętającą czasy cesarsko-królewskiego Krakowa. Elbląg ma już trzy hotele. Dworcowy przy Al. Grunwaldzkiej, istniejący do dziś, przy Armii Czerwonej obecnie Orbis, i Aloe z lokalem rozrywkowym przy ul. Ratuszowej. Powstają liczne baro-knajpki, z których jeden Pod Lipkami wsławił się goszczeniem samego prezydenta Bieruta. Trochę później Sielanka przy skrzyżowaniu ulic Traugutta i Górnośląskiej. Z ważniejszych wydarzeń kulturalnych wspomnę przyjazd M. Fogga. Śpiewał w nieistniejącej salce, gdzieś w okolicy Teatralnej, wzruszające piosenki przedwojenne i z Powstania Warszawskiego, wyciskając słuchaczom łzy.

Odwiedza miasto Ludwik Solski, ale teatru miasto nie ma. Dwa teatry przedwojenne w gruzach i przedstawienie odbywa się w szkole nr 3 przy bardzo licznie przybyłej publiczności. Jak z tego widać, rozrywek kulturalnych nie zanadto, bo i kina stałego jeszcze nie ma. Umęczeni pionierzy szukają zapomnienia w towarzyskich spotkaniach u przyjaciół i znajomych, zraszając zmartwienia i kłopoty alkoholem. Pierwszą zabawę karnawałową dla lekarzy, lekarzy weterynarii i farmaceutów zorganizowaliśmy na Sylwestra 1946/47 we wspomnianym już Aloe. Były konkursy, występowała najlepsza orkiestra elbląska, mazur. Zabawa trwała do białego rana, przynosząc znaczny dochód na cele charytatywne. Nawiązały się znajomości i przyjaźnie, stawaliśmy się zwartą społecznością, a przyszło to tak szybko i niepostrzeżenie, gdy zaczęliśmy się czuć u siebie. Zniknęły z ulic napisy niemieckie. Są polskie wioski i miasteczka.

Trwają' prace nad ustaleniem nowych polskich nazw. Starosta powiatowy powołał specjalną Komisję, której zadaniem było, posługując się przesłankami przede wszystkim historycznymi, nadawać polskie nazwy wsiom i osadom. Byłem na jednym takim posiedzeniu, gdy niemiecki Kahlberg na Mierzei przechrzczono na Krynicę Morską. Ktoś z obecnych zaproponował nieśmiało Krynicę Morską jako przeciwstawienie z drugiego krańca Polski Krynicy Górskiej, nie wiedząc w proroczym olśnieniu, że pod piaskami Mierzei w tym miejscu biją źródła mineralne, które może kiedyś rozsławią ten uroczy zakątek. Dziwny przypadek, ale nazwa przyjęła się bez oporów.

Ale oto w 1947 r. nowa sensacja w Elblągu. Dawno już przebąkiwano, że Elbląg będzie ponownie miastem portowym morskim, jak było przed wiekami. Jedyne wyjście na Bałtyk przez Piławę znalazło się poza północnymi granicami Polski, więc postanowiono na południe od Krynicy Morskiej, przekopać Mierzeję i specjalnym układem śluz zrobić przejście na Bałtyk. Widziałem w Starostwie szczegółowe plany kanału i nie zdziwiłem się, gdy w listopadzie 1947 r. Morski Urząd Zdrowia w Gdyni, zwrócił się do mnie z propozycją objęcia stanowiska lekarza portowego w Elblągu i zorganizowania Portowego Urzędu Zdrowia.

Moje chłopięce marzenia które zaprowadziły mnie na Wybrzeże, zaczęły się teraz niespodzianie tu w Elblągu spełniać. Miałem zostać członkiem jednej ze służb morskich, a z portu jak wiadomo droga w szeroki świat otwarta. 1 grudnia 1947 r. byłem już lekarzem portowym. W Kapitanacie Portu przy ul. Portowej 1 otrzymałem pomieszczenia na zorganizowanie Portowego Urzędu Zdrowia w Elblągu. Kapitanat Portu istniał już dużo wcześniej. Kapitanem Portu był wówczas kapitan J. Kryński. Dotychczasowa rola Kapitanatu ograniczała się do nadzoru nad rybołówstwem i żeglugą po kanałach i Zalewie Wiślanym. Teraz otwierały się nowe perspektywy. Rozpoczęto przygotowania nabrzeży portowych do przyjęcia większych jednostek. Oczyszczano kanały z resztek powojennych i pogłębiano drogi wodne z portem włącznie. Moim zadaniem było przygotowanie przyszłych odpraw sanitarnych i organizowanie opieki lekarskiej nad osadami rybackimi wzdłuż brzegów Zalewu i Mierzei. Dla obsłużenia blisko 100 km linii brzegowej od Piasków do Nowej Pasłęki, osady rybackiej, 10 km na zachód od Braniewa. Przydzielono mi samochód i szofera. W tych warunkach pogodzenie dwóch ważnych stanowisk lekarza portowego i lekarza powiatowego nie było możliwe. Musiałem zrezygnować ze stanowiska lekarza powiatowego. Dotychczasowa organizacja sanitariatu w powiecie przebiegała zadowalająco i mogłem z czystym sumieniem przekazać dalszą pracę innemu koledze. Ale Wojewódzki Wydział Zdrowia był innego zdania i stawiał pewne trudności z moim odejściem, które ostatecznie usunięto po kilku miesiącach. Sprawę komplikowała i ta okoliczność, że oba stanowiska podlegały akceptacji Ministra Zdrowia, który jednym podpisem mógł zmienić wszystkie moje nadzieje.

Jedną z pierwszych czynności w Porcie było zorganizowanie Ambulatorium Portowego, które, jak się później okazało, odegrało ważną rolę w lecznictwie chorób wenerycznych w Elblągu, ale o tym za chwilę. Wspomniałem już wcześniej, że zbliżała się era penicyliny, która w wielu działach medycyny zrewolucjonizowała lecznictwo. W 1947 r. nie było jej jeszcze w aptekach i szpitalach, ale wracający z Zachodu emigranci przywozili ze sobą pewne ilości, podniecając wyobraźnię o cudownym działaniu na wszystkie choroby. Poznałem wtedy dr. Krzyżanowskiego, niezwykłego człowieka i lekarza, który nadzorował lecznictwo chorób wenerycznych w portach Wybrzeża z ramienia Morskiego Urzędu Zdrowia. Od niego dowiedziałem się, że w magazynach znajdują się znaczne ilości penicyliny oleistej PALKA, w ampułkach po 300 tys. jed., ofiarowanej przez międzynarodową organizację, z zastrzeżeniem wyłączności leczenia chorób wenerycznych w portach, których zapotrzebowanie było dużo mniejsze od istniejących zapasów i penicylinie groziło przedawnienie.

Znając sytuację weneryczną w Elblągu, zaproponowałem podjęcie leczenia chorób wenerycznych w Ambulatorium Portowym u wszystkich zgłaszających się, nie tylko związanych z Portowym Urzędem Zdrowia. Dekret o zwalczaniu chorób wenerycznych miał służyć jako zasłona dymna do szerokiej działalności p-epidemicznej nie tylko w porcie. Otrzymałem nieoficjalną aprobatę, pod warunkiem, że całą akcją będę kierował osobiście, a przekazana penicylina nie będzie stosowana do innych celów. Takiej szansy nie można było zaprzepaścić, chociaż warunki były surowe. Penicylinę stosowano przecież i winnych schorzeniach. Była lekiem trudno dostępnym i poszukiwanym. Do szybkiego rozpoznawania chorób wenerycznych otrzymałem znakomity mikroskop z ciemnym polem widzenia, jedyny w Elblągu i nieograniczoną ilość penicyliny. W porozumieniu z dyrekcją Szpitala Miejskiego w Elblągu, zabezpieczyłem sobie kilka łóżek dla chorych wymagających badań kontrolnych i płynu mózgowo-rdzeniowego, które wykonywałem osobiście do 1954 r. Nawiązałem porozumienie z Miejską Przychodnią Skórno-Weneryczną i chorzy zaczęli zgłaszać się do Ambulatorium Portowego masowo, a penicylina płynęła jak rzeka.

Zastosowanie penicyliny w leczeniu chorób wenerycznych miało epokowe znaczenie w działalności epidemiologicznej i osobiście dla chorego. Po pierwsze przez skrócenie okresu zakaźności do kilku godzin i czasu leczenia kiły wczesnej, najbardziej zakaźnej, z pół roku do 10 dni, zaś w kile starszej z dwóch lat do pół roku leczenia. Byliśmy pierwszym miastem województwa gdańskiego, które wprowadziło do leczenia chorób wenerycznych penicylinę wcześniej o rok, a w całym kraju przygotowywano się dopiero do powszechnego stosowania. Jaka była atmosfera u progu ery penicylinowej pośród tutejszych lekarzy, niech posłuży za przykład autentyczny wypadek, jaki się zdarzył w 1948 r. Córka moich przyjaciół państwa T. piękna, zdrowa, szesnastoletnia dziewczyna, mająca na swym koncie poważne osiągnięcia sportowe, lekceważąc zwyczajną anginę, wzięła udział w eliminacjach sportowych, a jak została dopuszczona do zawodów niech pozostanie tajemnicą. Zwycięstwo dla Elbląga opłaciła ciężkim zapaleniem wsierdzia. Jako najbliższy lekarz, jedyny ratunek widziałem w zastosowaniu penicyliny w dużej jak na owe czasy dawce 8 min. jed. jak polecała literatura naukowa. Ale jak zdobyć natychmiast takie ilości penicyliny? Rozpoczynam więc leczenie z własnych zapasów, a jednocześnie zwróciłem się o pomoc do dr Titz-Kosko, naczelnego reumatologa w Gdańsku. W odpowiedzi przekazała natychmiast całą ilość penicyliny i w kilka dni groźne dla życia objawy ustąpiły, chora była uratowana przed śmiercią lub ciężkim kalectwem.

Wiadomość o skutecznym leczeniu tak ciężkiego schorzenia, wyszła poza kręgi rodzinne i znajomych i była przedmiotem dyskusji na zebraniu lekarskim, przy czym niektórzy koledzy zajęli stanowisko negatywne wobec stosowania dużych dawek penicyliny, określając je jako niecelowe i szkodliwe marnotrawstwo. Zakrawało to na prawdziwą groteskę, gdyby nie kryła się za tym tragedia młodej dziewczyny, cudem prawie wracającej do pełnego zdrowia. Nikt oczywiście mnie nie interpelował, bo wiadomym jest dziś, że w tych schorzeniach stosuje się wielokrotnie większe dawki, sięgające wielu setek milionów penicyliny i pewnie ci sami koledzy nieraz to czynią. Praca lekarza portowego nie ograniczała się tylko do leczenia chorób wenerycznych, należało się zająć organizowaniem placówek leczniczych w ośrodkach rybackich, rozrzuconych wzdłuż całego wybrzeża Zalewu.

Zaczynam od Tolkmicka i przypomnę, że wcześniej osiedliłem tam st. felczera M. Rode, który do tej pory nie był wykorzystany w publicznej Służbie Zdrowia. Korzystam więc z dogodnej sytuacji i po uzyskaniu od miasta odpowiedniego lokalu, otwieram Ambulatorium Portowe w Tolkmicku, które miało służyć rybakom i ich rodzinom, a praktycznie wszystkim zamieszkałym w mieście i okolicy, gdyż była to pierwsza placówka lecznicza. Nadzór lekarski sprawowałem sam, dojeżdżając dwa razy w tygodniu i na wezwanie telefoniczne. Zasadą tego rodzaju pracy była łączność telefoniczna ośrodka ze mną, więc w każdej poradni w terenie zakładałem telefon, podstawowy warunek sprawnego funkcjonowania. Wyposażenie meblowe, w narzędzia lekarskie i apteczkę, bo w Tolkmicku nie było jeszcze apteki, otrzymałem z Morskiego Urzędu Zdrowia, który pokrył koszta organizacji i utrzymania. W podobny zupełnie sposób i na tych samych zasadach zorganizowałem Ambulatorium Portowe we Fromborku, angażując zamieszkałych na miejscu st. felczera Banaszkiewicza i akuszerkę w roli pielęgniarki. Również tam dojeżdżałem dwa razy w tygodniu i na wezwanie telefoniczne. I tu we Fromborku Ambulatorium Portowe było pierwszą placówką powstałą dla rybaków i w drugiej kolejności dla mieszkańców miasta i okolicy. Trzecia placówka powstała w Pasłęce, ponad 10 km na zachód od Braniewa, w małej osadzie rybackiej trochę na innych zasadach i nazwałem Rybacki Punkt Lekarski. Żona jednego z rybaków, akuszerka, odstąpiła w swoim domu jeden osobny pokój i zaangażowana jako pielęgniarka opiekowała się sprzętem lekarskim i apteczką, wzywając mnie telefonicznie w wypadku nagłej potrzeby, chociaż również dojeżdżałem dwa razy w tygodniu. Był już rok 1949, gdy w wymienionych placówkach zakończyłem działalność organizacyjną i pracowały one z pożytkiem dla rybaków i osiadłej ludności. Polubiłem rozległy teren pracy, rybaków, z którymi się przyjaźniłem i czasem brałem udział w połowach, podziwiając ten trudny i pełen niebezpieczeństw zawód.

Tymczasem wokół sprawy przekopania Mierzei i połączenia Elbląga z pełnym morzem, zaczęło przycichać i na przełomie 1949/50 roku było już pewne, że Elbląg pozostanie portem śródlądowym. Okno w daleki świat zamknęło się przede mną na zawsze. Stanowisko lekarza portowego w Elblągu nic miało dalszego uzasadnienia. Morski Urząd Zdrowia zaproponował mi pracę w Nowym Porcie w Gdańsku, ale trudności mieszkaniowe nie zachęcały do zmiany i czułem się jakoś związany z Elblągiem. Kilkuletnie zaangażowanie w lecznictwie chorób wenerycznych i możliwość kontynuowania dalej tej działalności, tak dobrze rozpoczętej w Porcie, sprawiły, że przyjąłem propozycję prof. Pawlasa z Wojewódzkiej Przychodni Skórno-Wenerologicznej w Gdańsku dotyczącą objęcia kierownictwa Miejskiej Przychodni Skórno-Wenerycznej w Elblągu, łącząc już na stałe jej działalność z moim życiem.

Efemeryczne stanowisko pierwszego lekarza portowego w powojennej historii Elbląga nie miało w rzeczywistości pokrycia, ale w efekcie zapoczątkowało zorganizowaną akcję zwalczania chorób wenerycznych i przyczyniło się w tym wczesnym i trudnym okresie, do powstania nowych placówek Służby Zdrowia, które pozostały na zawsze. Ważne, że te lata nie zostały zmarnowane. Elbląg w 1950 r. był już na wskroś polskim miastem i swoje drugie narodziny miał daleko poza sobą.

Jak w każdej opowieści jest zły lub dobry koniec i ja również nie odstąpię od tej zasady, wypada się przecież rozliczyć z tych lat pionierstwa. Drogi Czytelniku, nie wiem kim jesteś, może jednym z tych, z którym dzieliłem te dni chmurne i opowieść o nich budzi dalekie wspomnienia i refleksje, a może tym, któremu opowieść ta wyda się bajaniem starego człowieka, który piękne lata młodości poświęcił miastu swego przeznaczenia i zagubiony trochę w tych odległych latach, usiłuje swoje skronie ubrać w laur nie zasłużonej chwały. Nic podobnego. Cała prawda, jaką opisałem, służy tylko uratowaniu garści wspomnień, nim pogrążą się w całkowitej niepamięci. To nie jest wytwór fantazji, to była rzeczywistość i dużo okrutniejsza w codziennym życiu, niż byłem zdolny opisać. Czas jednak zaciera w pamięci przykre sprawy i wymazuje ze świadomości, a co zostaje, staje się piękne i dobre. To bardzo dobrze, że istnieje taka właściwość biologiczna umysłu, bo trudno byłoby żyć, pamiętając cierpienia, upokorzenia, niepowodzenia i zawistną złość ludzką, gotową poświęcić najlepsze ideały dla zaspokojenia własnych ambicji. Patrząc już z dalekiej perspektywy na lata przeżyte w Elblągu, przychodzi mi na myśl nieprzemijająca mądrość starożytnych Rzymian:
Ne s c i s , ą u a n t i l l a p r u d e n t i a mu n d u s r e g a t u r (ani wiesz jak małą ilością roztropności bywa świat rządzony)
                                                                                                                                      Elbląg, dnia 15 marca 1979 r.

Źródło: http://www.tygiel.eu [dostęp: 25.06.2015]
Dziękuję Redakcji kwartalnika Tygiel za udostępnienie powyższego artykułu do publikacji na tej stronie.

Powrót
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego