Gdańskie wspomnienia młodości - Historia Wysoczyzny Elbląskiej

Przejdź do treści

Menu główne:

TEMATY RÓŻNE > WSPOMNIENIA





Fragmenty wspomnień Johanny Schopenhauer pt. "Jugendleben und Wanderbilder" ("Młodość i obrazki z podróży"). W polskim przekładzie pamiętnik wydany (1959) pt. "Gdańskie wspomnienia młodości".

Autorka pamiętnika Johanna Henrietta Schopenhauer (*09.07.1766, †16.04.1838) z d. Trosiener, była żoną gdańskiego kupca zbożowego Heinricha Florisa Schopenhauera (*1747, † 1805), oraz matką filozofa Artura Schopenhauera (*22.02.1788, †21.09.1860)  i  Adelajdy (*12.06.1797, †17.04.1849; właść. Luise Adelaide Lavinia Schopenhauer) – pisarki, która w 1839 roku opublikowała niedokończony pamiętnik matki.
      
Cytowane niżej fragmenty wspomnień przenoszą czytelnika do Sztutowa (Stutthof) z końca XVIII wieku. Należący do Rady Miejskiej Gdańska majątek w Sztutowie od początku XVIII wieku dzierżawił dziad Heinricha Florisa, Johann Schopenhauer (*ok. 1670, 1725), a po nim ojciec - Andreas (*11.06.1720, 23.12.1793).                                                                                                                                                                                                          

[...] Kochana i pieszczona przez obie matki, siostry i wszystkich bliskich, nieledwie na rękach noszona, przeżywałam spokojnie dnie i tygodnie aż do dwudziestego drugiego lutego 1788, gdy zostałam szczęśliwą matką silnego i zdrowego chłopca.

[...] Jak wszystkie młode matki bawiłam się moją nową lalką, głęboko przekonana, że na bożym świecie nie ma piękniejszego, grzeczniejszego i na wiek swój bardziej rozumnego dziecka jak właśnie moje, a w dzień i w nocy nie myślałam o niczym innym, jak tylko o mym synu Arturze. To imię kazał mu nadać na chrzcie jego ojciec [Heinrich Floris Schopenhauer] ze względu na przyszłą firmę kupiecką młodego obywatela, gdyż ma to samo brzmienie we wszystkich językach.

      
Mniej więcej w rok po urodzeniu się mego syna, udręczony wieczną, bezowocną walką z narastającymi co dzień trudnościami w kontaktach kupieckich z jego dawnymi rosyjskimi przyjaciółmi, postanowił mój ojciec [Christian H. Trosiener] zwinąć przedsiębiorstwo i wraz z rodziną przenieść się na wieś.

      

Największy majątek ziemski w posiadaniu miasta, Sztutowo, był właśnie do objęcia po śmierci dotychczasowego dzierżawcy. Ojciec mój, krzepki jeszcze zawsze na ciele i umyśle, był przekonany, że zarząd tak wielkiej posiadłości da mu odpowiednie pole do zaspokojenia czynnej jego natury. Objął więc dzierżawę, a mnie dotknęła przykrość utraty rodziców i sióstr z najbliższego mego otoczenia. Jedynie moje dziecko i stosunkowo nieznaczna odległość pięciu mil dodały mi odwagi, by tę rozłąkę, pierwszą w mym życiu, znieść ze względnym opanowaniem.

       

Sztutowo leży mniej więcej w połowie owego pasma ziemi nazwanego Gdańską Mierzeją [od 1950 roku Mierzeja Wiślana], między Bałtykiem a ramieniem Wisły sięgającym do Zatoki Świeżej [Zalew Wiślany].

     
Rodzice mieszkali w starym, ale wygodnym dworze, otoczonym rozległymi ogrodami, dwoma przestronnymi podwórcami i kilkoma budynkami gospodarczymi. Graniczył on z zamożną i do niego należącą wsią tej samej nazwy. Sosnowy las, w tamtejszej wsi zwany puszczą, piękny jak tylko być może, ciągnie się między wsią a pobliskim brzegiem Bałtyku. Jedynie melodyjny głos dzwonków krów, pasących się pod wysokimi drzewami na pachnącym, korzennym podszyciu, przerywa poważne milczenie tej wiecznie zielonej ciszy leśnej. Bałtyk dostarcza tu nieskąpo swego drogocennego podarunku – bursztynu. Przy pomyślnym wietrze wyrzucają go fale na wybrzeże, przeważnie w małych, czasem jednak w znacznie większych kawałkach. Ryb też jest pod dostatkiem: dorszy, płastug, wielkich łososi i jesiotrów. W odległości około mili za Sztutowem robią z ikry tych ostatnich kawior. Jest on jednak drobnoziarnisty i gatunkiem nie dorównuje rosyjskiemu.
     
Po drugiej stronie, w przeciwieństwie do tej wspaniałej scenerii, Wisła otacza roześmianą, urodzajną dolinę: ogrody, łąki, pola, krzaki, ożywione pojedynczymi, wielkimi zagrodami i pięknie zabudowanymi, bogatymi wsiami, jakie nie wszędzie w Niemczech spotkać można, a które zamieszkane są przez ludzi o pięknym typie urody i odróżniających się odrębnymi zwyczajami.
     
Tu zaczęłam poznawać prawdziwe życie wiejskie, tak o całe niebo różne od tego, co my mieszczuchy określamy tą nazwą, kiedy w pięknym okresie letnim przenosimy się do naszych wytwornych domów wiejskich. W pierwszych dniach maja, to jest w czasie, kiedy mój mąż z powodu swoich spraw handlowych nie mógł dojeżdżać do Oliwy, wyjeżdżałam rokrocznie z dzieckiem do rodziców i przebywałam tam do początku czerwca. Szron i śnieg spadał wtedy nieraz na drzewa wypuszczające pierwsze pąki, ale w tym klimacie wiosna jest potężną bohaterką, która krótki czas swego władania umie wspaniale wyzyskać. Zanim zdołasz się rozglądnąć, znika ostatni ślad zimy i wszystko uwieńcza kwiecista wspaniałość, a pieśń słowików dźwięczy w krzakach pod dopiero co rozkwitniętymi liśćmi. Jedynie w promieniu półtorej mili wokół Sztutowa znajduje słowik odpowiednie dla siebie pomieszczenie. Bliżej miasta, w stronę Oliwy, a także dalej, w drodze ku Berlinowi, nie słyszy się ich treli zupełnie, gdy tymczasem około Sztutowa osiada ich corocznie mnóstwo. Klimat jest tam nie mniej ostry, wody i gęstych krzaków nie brak również w okolicy Gdańska i zamiłowanie ich do tego miejsca pozostanie zagadką. Że jednak większość moich rodaków schodzi ze świata nie słysząc inaczej słowika, jak bojaźliwie skarżącego się za prętami wąskiej klatki, to jest pewne.
     
Nie tylko w miesiącu maju, ale i w czasie gorącego lata nie odstraszała mnie daleka, piaszczysta droga do Sztutowa, ile razy było to tylko możliwe. Wypady te powtarzałam nawet w środku zimy, pędząc w dobrze zaopatrzonych saniach po pokrytej lodową taflą Wiśle, aby przebyć kilka dni wśród swoich. Szczęśliwe, szczęśliwe czasy, które wtedy z nimi przeżyłam. Każde moje odwiedziny podobne były do odnalezienia się po długiej rozłące. Wzajemnym opowiadaniom i zwierzeniom nie było końca, tak dla mojej matki, jak dla mojej siostry Lotty i mnie. Było to tak mało, tak nic nie znaczące, a jednak tak wiele, że nieraz północ zaskakiwała nas na poufnych szeptach. Poza tym w owym dalekim zakątku świata nawet w zimie nie było wcale tak samotnie, jak można się było spodziewać po niedostatku tego, co na wsi nazywa się przyjemnym sąsiedztwem. W żadnym wypadku nie brakło nam kontaktu z ludźmi, nie było tylko tak zwanej „socjety”, tej nieraz najbardziej nudnej rzeczy na świecie. Tak w lecie, jak i w zimie, wozem lub konno, odwiedzali nas nieustannie sąsiedzi, którzy chcieli przedłożyć memu ojcu jakąś prośbę lub sprawę. Według wymagań rozległego gospodarstwa liczni parobcy i dziewczęta, pozostający w służbie u mego ojca, piwowar, piekarz, gorzelnik ze swymi pomocnikami wykonywali swe prace w przeznaczonych do tego osobnych budynkach. Gorzelnictwo, jako rodzaj monopolu, nie należało wcale do ostatnich uprawnień mego ojca. Wszyscy ci ludzie tak bardzo zróżnicowani w poziomie i wymogach, odpowiadający podobnemu układowi w miastach, przedstawiali sobą różnorodność, która w znacznej mierze przyczyniła się do tego, by nasze życie rodzinne uchronić od usypiającej monotonii.
     
Z tego, dla mnie zupełnie nowego środowiska wyniosłam nieocenioną korzyść: miałam możność poznania wielu ciekawych zapatrywań, które inaczej pozostałyby dla mnie niedostępne.
- Mais c’estr tout comme chez nous! – wołałam nieraz śmiejąc się przy bliższym zapoznawaniu się z obyczajami, sposobem myślenia i zasadami ludzi wiejskich, którym przypatrywałam się z niestrudzonym zajęciem.
     
Panowie poeci, zwłaszcza owi z czasów mej sentymentalnej młodości, grzeszyli przeciwko prawdzie, podnosząc z naszą ujmą wielką wierność, uczciwość, pobożność i dobre obyczaje prostego wieśniaka. Są oni tacy sami jak my, a my jesteśmy jak oni, obie strony z tego samego kruszcu, a jedynie grubszy albo piękniejszy sposób wykonania formy tworzy właściwą różnicę. Duchową kulturą i naukowymi wiadomościami przewyższamy wieśniaka. U niego występuje natomiast wrodzona bystrość, właściwa mu przebiegłość i prawdziwy dowcip, nieraz w tak wysokim stopniu, że nasza nauka wydoskonalona przez wychowanie nie może mu dotrzymać kroku.
     
Wszystko mnie zajmowało w Sztutowie, i nie tylko z powodu nowości. Wielką przyjemność sprawiało mi właściwe gospodarowanie, na którego czele wprawdzie początkowo z niewielkim doświadczeniem, ale z tym większą gorliwością i stąd wynikającym dobrym skutkiem stanęła moja siostra Lotta, aby mej matce spokojną i beztroską zapewnić starość.
     
Liczne krowy, konie, stada ptactwa domowego wokół nas, a zwłaszcza bocian, który od niepamiętnych czasów punktualnie w określonym terminie zajmował znane mu gniazdo na szczycie stodoły – jakże to wszystko lubiłam, jak mnie wszystko cieszyło! A balet młodych, późną jesienią i zimą urodzonych zwierząt, które z ciemnych stajen pierwszego rzeczywiście ciepłego dnia majowego były wypędzane na jasne, słoneczne podwórze! Głupie, niezgrabne cielęta, oślepione nigdy nie widzianym słońcem, rozpędzały się szerokimi głowami wprost w bramy i ściany budynków. Kosmate źrebaki w szalonych, wesołych podskokach kręcące się jak pijane, wesołe okrzyki i śmiechy parobków i dziewcząt chroniących się za drzwiami i węgłami stajen, aby zabezpieczyć się od dowodów radości swych wypuszczonych na swobodę wychowanków – wszystko to bawiło mnie bardziej niż najzgrabniejszy groteskowy taniec.
     
Sztutowo jednak, jak wszystko na tym świecie, miało też odwrotną stronę swego medalu, a ta przedstawiała mi się dostatecznie ponuro, skoro jej się dobrze przyglądnęłam, aby wiele godnego pochwały zakryć swym cieniem. Polegała ona na pewnych przynależnych do dóbr przywilejach czy uprawnieniach, tak zwanych starych prerogatywach, które słuszniej nazwać by należało bezprawiem, gdyż pochodziły jeszcze z tych dawnych czasów, gdy w Gdańsku i Malborku panował zakon krzyżacki. Były to smutne pozostałości owego średniowiecznego feudalizmu, poniżające wolno urodzonego obywatela do poddaństwa, przeciw czemu moje silne poczucie wolności oburzało się i nie mogłam pojąć, jak przy republikańskim ustroju mego ojczystego miasta mogły się uchować aż dotąd.
     
Na przykład każdej soboty widziałam większą ilość kobiet i dziewcząt ze wsi z miotłami i grabiami, wezwanych do oczyszczenia i uporządkowania podwórza przed domem mego ojca, podczas gdy karbowy [nadzorujący darmową pracę chłopów w folwarku] stał nad nimi z harapem [bicz], żeby ich pilnować. Ojciec chętnie byłby zniósł ten zwyczaj na naszą prośbę albo przynajmniej oszczędził nam niemiłego widoku tego człowieka, ale nie chciał swego następcy pozbawiać żadnego z odziedziczonych uprawnień, a sam karbowy miał sobie za punkt honoru posiadanie prawa do tej czynności, chociażby miała się ona ograniczyć tylko do stania na straży przy bramie.
     
Wieśniacy ze wsi należących do Sztutowa, nieraz bardzo odległych, musieli stawiać się także w czasie żniw. Przez wiele dni z kolei, zależnie od potrzeby, nadciągali po pięćdziesięciu i w większej jeszcze liczbie z brzaskiem dnia do pańszczyźnianej pracy, podczas gdy ich własne żniwa opóźniały się przez to. W południe zajmowali oni miejsce przy długim, porządnie nakrytym stole. Nie można zaprzeczyć, że okazywali wesołość i dobry humor, jak gdyby gromadzili się na ucztę, śmiali się, śpiewali, wyprawiali rozmaite psoty, gdyż mój ojciec kładł wielki nacisk na ich dobre ugoszczenie tak na polu przy robocie, jak i w czasie wytchnienia. Konieczność jednak, a nie wolny wybór sprowadzał ich tu wszystkich, a choć ojciec zadawał sobie wiele trudu, aby mi wyjaśnić, jak to mającemu się dobrze wieśniakowi znacznie jest łatwiej oddawać jego podatki pracą niż gotówką, to jednak nie mogłam aprobować jego zapatrywań i pogodzić się z tym, jak również z niektórymi innymi jeszcze urządzeniami.
     
Na długo przed moim ojcem, w pierwszych latach osiemnastego wieku dzierżawił Sztutowo dziadek mego męża. Żył jeszcze rodzaj reliktu z owych dawnych czasów, starzec więcej niż stuletni, który u niego służył i pozostawał nadal u mego ojca, uważany za nieodzowny sprzęt tego domu, nierozłączny z jego istnieniem. Stary ten człowiek na swe poważne lata był jeszcze rześki, zupełnie przy zdrowych zmysłach i nawet pamięć pozostała mu wierna. Dotyczyło to jednak tylko wcześniejszego okresu jego życia, wszystko to, co miało miejsce później, zapadło gdzieś i zanikło. Dlatego nazywał on zawsze mego syna Andrzejem i nie dał sobie wytłumaczyć, że Andrzej był synem jego dawnego pana i dziadkiem mego Artura, którego on w takim właśnie wieku na rękach nosił.
     
Piotr Wielki w czasie przejazdu z Katarzyną niespodziewanie przybył do Sztutowa i postanowił tam przenocować, a wspomnienie tych dostojnych odwiedzin pozostało jako niezwykłe zdarzenie w długim życiu tego stuletniego starca. Cesarz i jego małżonka przeszli przez cały dom, żeby wybrać sobie sypialnię. Wybór ich padł na istniejący jeszcze za moich czasów niewielki pokój, w którym jednak nie było ani pieca, ani komina i chodziło o to, by przy silnym mrozie ogrzać go w zimie. Trudno było znaleźć tu radę. Stary pan Schopenhauer musiał jednak coś wymyślić, by zadowolić swoich wysokich gości. Białe, nietapetowane ściany i ówczesna posadzka, wyłożona holenderskimi kaflami, nie przeszkadzały urzeczywistnieniu powziętego przedsięwzięcia.
     
Przyniesiono do szczelnie zamkniętego pokoju wiele beczek spirytusu, wylano je i zapalono. Wykrzykując radośnie patrzył car na morze płomieni u jego stóp, podczas gdy przedsiębrano wszystkie możliwe środki, aby przeszkodzić rozszerzeniu się ognia. Skoro się tylko spirytus wypalił, udał się car z małżonką do wypieczonego, gorącego, oparami i wyziewami alkoholu przepojonego małego pokoju na spoczynek. Obydwoje wstali następnego ranka bez bólu głowy, co w naszych nerwowych czasach nie mogłoby się zdarzyć, i chwaląc sobie przyjęcie opuścili gościnne progi gospodarza.

Panu Andrzejowi Kopyłwiczowi dziękuję za pomoc w zdobyciu materiałów do artykułu.

Źródło: Johanna H. Schopenhauer, "Gdańskie wspomnienia młodości", Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2010, s. 230-238.

Powrót
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego