Idąc śladami mojego dzieciństwa - podróż do Prus Wschodnich - Historia Wysoczyzny Elbląskiej

Przejdź do treści

Menu główne:

TEMATY RÓŻNE > WSPOMNIENIA



 

Ilse von Behren – Fragmenty wspomnień „Idąc śladami mojego dzieciństwa - podróż do Prus Wschodnich” (Auf den Spuren meiner Kindheit - eine Reise nach Ostpreussen”).
       
W artykule wykorzystano przekład na język polski z (niepublikowanego) angielskiego tłumaczenia wspomnień, pochodzącej z Przebrna, Emmy Tabbert Seger („A Trip to East Prussia. On the trail of my childhood by Ilse von Behren”/ „Podróż do Prus Wschodnich. Na tropie mojego dzieciństwa...”). Tłumaczenie to powstało na zamówienie amerykańskiej gałęzi rodziny Modersitzki, krewnych Ilse von Behren.
(Autor artykułu dziękuje rodzinie Modersitzki za udostępnienie angielskiego tłumaczenia wspomnień wraz z kopią mapki nakreślonej odręcznie przez Ottona Modersitzkiego, ojca Ilse von Behren. Za dokonanie polskiego przekładu wspomnień podziękowania Krzysztofowi Konradowi Lewandowskiemu)
Uwaga! Ponieważ tłumaczenia na język polski zawartych w artykule cytatów dokonano z tekstu angielskiego, mogła nastąpić utrata części przekazu zawartego w niemieckim oryginale wspomnień.
 
Ilse von Behren opisuje sentymentalną podróż do miejsc swojego dzieciństwa na Frische Nehrung (Mierzeja Wiślana), którą odbyła w 1984 roku wraz z ojcem Ottonem Modersitzkim, ciotką Käthe, Gerhardem (?) oraz bratową Anitą. Ilse nie pamiętała zbyt wiele z dzieciństwa na Mierzei,  miała zaledwie pięć lat, gdy opuszczała rodziny dom.
       
Przed wyjazdem na Mierzeję Wiślaną, zanim uzyskała zgodę władz NRD, wiedząc, że żyją tam teraz Polacy, Ilse zapragnęła nauczyć się kilku polskich słów, ale nim doszło do wyjazdu poznała ich około dwustu. Jej ciotka Käthe lubiła wypowiadać słowa w „Plattedeutsche”, czyli w języku dolnoniemieckim, który był używany w „domu” nad Zalewem Wiślanym - słowa, których znaczenie i humor były trudne do zrozumienia przez ludzi niemieszkających tam. Ciotka powiedziała kiedyś do Ilse: „Byłam tam już dwa razy i nie zamierzałam już wracać w moim wieku, ale z Tobą wybiorę się jeszcze raz”.  Ilse zastanawiała się nad tym, jakie odczucia będą mieć obecni mieszkańcy Mierzei względem ich i co oni będą czuć względem nich. W maju 1984 roku wycieczka wyruszyła polskim promem pasażersko-samochodowym „Rogalin” z Travemünde do Gdańska.
 
[…]W czasie wykonywania dużego zakrętu przy wpływaniu do Zatoki Gdańskiej spostrzegliśmy ogromne czarne chmury nad naszymi głowami. W ten czas z pomiędzy jednej z nich, promienie słońca oświetliły powierzchnię wody. Wtedy dotarło do mnie, że mój dom z dzieciństwa nie będzie już dłużej przede mną ukryty. Po długich 40 latach wreszcie go zobaczę i poczuję! Czy rozpoznam, choć jedną rzecz?

Czas potrzebny na dotarcie z Półwyspu Helskiego do portu Gdańsk wydawał się nieskończonością. Z chmur spadł deszcz. Pomimo tego, staliśmy na pokładzie wyglądając schronienia i patrząc w dal. Przy Gotenhafen ["Port Gotów"; nazwa Gdyni w latach 1939–1945 – przyp. K.L.], teraz zwanym Gdingen, widzieliśmy trzy różnej wielkości frachtowce. W pobliżu Zoppot [Sopot] osłona z chmur wzniosła się na chwilę i promienie słońca oświetlały pobliskie wzgórza. Po chwili wszystko znowu było w cieniu obłoków do czasu wpłynięcia do Stoczni Gdańskiej.
 
[…]Byliśmy jednymi z ostatnich opuszczających pokład, przez co mieliśmy okazję oglądać załogę i celników. Dzięki temu, mogliśmy zapobiec też, że kierowca wschodnioniemieckiego auta nie wjechał w nasz samochód! Polacy prowadzili swoje rozklekotane samochody z pewną dumą. Celnicy ludziom o polskich numerach kazali wypakowywać wszystko na zewnątrz samochodów. My, na szczęście, musieliśmy pokazać tylko zawartość bagażnika. W związku ze ścisłą i czasem nawet agresywną kontrolą na granicy z NRD my mieszkańcy Wschodnich Niemiec byliśmy bardzo nerwowi i niespokojni, gdy nawet nie mieliśmy powodu do tego. Wszystko poszło bardzo dobrze i niepewność nas szybko opuściła.
 
[…]Już, gdy zatrzymaliśmy się w dozwolonym miejscu wokół nas zgromadziła się grupka młodych rozpryskując coś na szybach i wskazując, że umyją je za 1 markę. Gdy zapewniliśmy ich, że nie mamy marek, ale możemy zapłacić cukierkami ulotnili się zostawiając zapaskudzone szyby!
 
[…]Cały czas spoglądaliśmy przez okna, to w lewo to w prawo. Jak przekraczaliśmy Motławę dostrzegliśmy słynną Bramę Żuraw [niem. Krantor; właśc. Brama Szeroka - przyp. K.L.]. Dalej trafiliśmy na przedmieścia i przejechaliśmy przez dolinę Wisły, która położona jest w niektórych miejscach do półtorej metra poniżej poziomu morza.
 
[…]Nie zatrzymywaliśmy się tylko podążaliśmy do celu naszej podróży, którym był Pröbbernau (Przebrno) blisko Kahlberg (Krynica Morska) nad Frisches Haff (Zalew Wiślany).
 
W Steegen (Stegna) krajobraz zmienił się ukazując mi sceny, które trzymam w pamięci: las z mieszanką drzew; głównie sosny i drzewa o zielonych liściach oraz piaskowe, pagórkowate ziemie po obu stronach drogi. Po raz pierwszy zobaczyliśmy znak „Krynica Morska”.
 
W Sztutowie (Stutthof) droga wiła się cały czas między drzewostanami. Byliśmy nad Zalewem Wiślanym. Ciotka Käthe, która jechała z nami, wyjaśniała jakie miejsca powinniśmy zobaczyć. Wyglądanie przez okna zakończyło się. Byliśmy w Przebrnie. Skręciliśmy w prawo a ciotka Käthe powiedziała: „To jest mój dom rodzinny!”.
 
W domu paliło się światło. Zdaje się, że ktoś nas oczekiwał. Gdy wjechaliśmy na podwórze, drzwi otworzyły się i niewielka kobieta, jak się okazało nasza gospodyni, Maria Chmielewska wyszła i przywitała się czule z ciotką Käthe. Gdy wyszła z domu jej siostra Lidia i siostrzenica Kati, także i my zostaliśmy przyjaźnie przywitani. Mimo, że nigdy przedtem nie spotkaliśmy tych ludzi, wszystkie niepewności odeszły w jednej chwili i weszliśmy do domu, jakbyśmy byli starymi dobrymi znajomymi. Ponieważ obie siostry mówiły w języku niemieckim, nie było problemów z porozumiewaniem się. Most z Polakami został zbudowany dzięki temu spotkaniu. Po kolacji, na której podano nam ryby, usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać ze sobą aż do północy. Wreszcie przez liczne chmary komarów, które otaczały i siadały na nas - ale nie kąsały - weszliśmy do domu i poszliśmy do łóżek. Ja, ciocia Käthe i Anita spałyśmy w salonie. Nasi dwaj mężczyźni mieli pokój na piętrze z osobnym wejściem z zewnątrz. Cudownie spałyśmy i przywitałyśmy ranek z niecierpliwością, czekając na to, co przyniesie dzień.
 
Podczas śniadania zdecydowaliśmy się na naszą pierwszą odkrywczą wyprawę: tak, oczywistym, byłoby iść na stary cmentarz, który znajdował się bezpośrednio za domem. Ale jak się tam dostać? Ogrodzenie z drutu kolczastego i płot z zarośli uniemożliwiały nam wejście na jego teren. Wreszcie znaleźliśmy otwór między gęstwiną i pokrzywami. Cmentarz zaskoczył nas, jako… zniszczony; w większości ramy oznaczające miejsce grobów nie były już na swoim miejscu w szeregu; bydło teraz używało dawnego cmentarza jako pastwiska. Jednak było jeszcze kilka grobów, które udało się zidentyfikować. Będąca tu już wcześniej ciocia Käthe znała lokalizację niektórych z nich i pokazała nam groby swoich dziadków:
 
Henrietta Modersitzki
                                                                                         Ur. 19.11.1849
                                                                                        Zm. 19.10.1935
i
                                                                           Ferdynand Modersitzki
                                                                                         Ur. 11.12.1842
                                                                                        Zm. 29.08.1928
 
oraz dziadkowie Sommerfeldt.
Łatwe do odczytania były też inskrypcje paru innych - nie związanych z nami - grobów:
 
Elżbieta Modersitzki
                                                                                        Ur. Sierpień 1818
                                                                                       Zm. 12.06.1896
i
                                                                     Tu spoczywa w pokoju z Panem
                                                                                  Nasz kochany ojciec
                                                                                Beniamin Modersitzki
                                                                                      Krynica Morska
                                                                                          Ur.28.12.1807
                                                                                         Zm. 21.07.1903
 
Odszyfrowaliśmy także inne napisy:
 
Franciszka Lojewska
i
                                                                  Amelia Lojewska z domu Barlasch
                                                                                               Ur. 1835
                                                                                             Zm.1903
 
                                                                                     Konrad Dannehl
                                                                                         Ur. 26.04.1915
                                                                                       Zm. 20.12.1917
                                                                              Żyjesz w naszej miłości
 
                                                                    Tu spoczywa w pokoju z Panem
                                                                                      Edward Rittker
                                                                                        Ur. 30.08.1841
                                                                                       Zm. 23.09.1916
 
                                                                            Konkordia Renata Rittker
                                                                                 Z domu Winterfeldt
                                                                                         Ur.10.11.1840
                                                                                       Zm. 01.07.1936
 
                                                                            Tu spoczywa oddana Panu
                                                                     Frau Charlotte Wilhelmine Wicht
                                                                                       Z domu Ahlert
                                                                                        Ur. 28.05.1825
                                                                                      Zm. 05.10.1887
 
                                                                                     Wilhelm Wicht
                                                                            Administrator publiczny
                                                                                        Ur. 17.01.1828
                                                                                      Zm. 23.11. – (tu róg ułamany)
 
                                                                              Auf Wiedersehen! (Do widzenia!)
 
Wśród rosnących drzew, moglibyśmy rozpoznać główną ścieżkę przez cmentarz. Rolnik przywłaszczył sobie bramę wejściową i używał jej, jako bramę do pastwiska.
 
Dwie zardzewiałe kute barierki, które pierwotnie otaczały grób dziecka, były teraz oparte o siebie, ale wciąż proste. Jedno z ogrodzeń innego grobu zostało zgniecione przez przewrócone drzewo. I tak zmiażdżone zostały, także nasze odczucia, gdy opuszczaliśmy cmentarz.
 
[…]Przebrno, wraz z sąsiednim obszarem Schottland (Przebrno-Borowo) na granicy dawnego Wolnego Miasta Gdańsk [z Prusami Wschodnimi – przyp. K.L.], składało się niegdyś z 34 domów. Zaledwie jedenaście jeszcze się trzymało. Wśród których, jeden jest niezamieszkały (dawniej dom Pana von Arndt), a inny jest budynkiem szkoły, który jest czasami używany przez organizacje polityczne.
 
(W tym miejscu powinno być  zdjęcie przedstawiające rodzinę Roberta i Berty Sommerfeldt z dziećmi. Berta była kierowniczką poczty w Przebrnie)
 
Kościół, gdzie moi rodzice zostali ochrzczeni, bierzmowani i wzięli ślub już nie istnieje. Był tak bardzo zniszczony, że przybyłym tutaj Polakom, nie opłacało się go odbudowywać. Ludzie, którzy potrzebowali kamieni, do odbudowy swoich domów wzięli je ze zniszczonego kościoła. Teraz w jego miejscu stoi kilka domków letniskowych. Mój ojciec wskazał nam, gdzie stała plebania, w miejscu tym stoją dziś potężne drzewa. Droga prowadziła nas przez stare rowy i dawne łąki. Na prawo stał niegdyś dom Patzels’ów, dziś w miejscu tym jest porośnięte chwastami gruzowisko, które wygląda jak małe śmietnisko.
 
Im bardziej zbliżaliśmy się do domu moich pradziadków Schmirgel’ów, tym bardziej mogliśmy wyczuć wewnętrzne podekscytowanie ze strony mojego ojca i cioci Käthe.
 
Jak często, jako dzieci, kuzyni, musieli chodzić tymi drogami i jak bardzo szczęśliwi musieli być u Schmirgel’ów. Nagle my młodsi zdaliśmy sobie sprawę, jak oni czuli się będąc znowu w domu, w tym małym zakątku świata. Z oddali poznali drzewo świerkowe, które stało na drodze przed domem.
 
Kwitnące bzy i dwa krzaki kaliny koralowej przywitały nas. Stały tu jakby były z dawno minionych czasów. Także tutaj gruzowisko z dawnego domu było zarośnięte przez różnego rodzaju zarośla. Podobno jeszcze dwa lata temu stała tutaj stodoła. Miejscowi zabrali drewno i kamienie, aby wykorzystać je gdzie indziej. Pozostał jeden niewielki fragment przewróconego muru i dwie belki. Obudziło się we mnie pragnienie do kopania w tej stercie. Być może udałoby mi się tu znaleźć kilka pamiątek? Jednak powstrzymałam się od tego.
 
Ciocia Käthe przebiła się przez gęste zarośla do lasu i zawołała do mojego ojca: „Otto, to jest tu, gdzie musi być kopiec lilii!” I rzeczywiście zerwała mały bukiet. Niestety kwiaty nie nadawały się na podarunek, już brązowiały na krawędziach. Ja i Gerhard również znaleźliśmy kilka roślin, których nie widziałam nigdy w naszych lasach w Westfalii. „Musimy tu wrócić przed wyjazdem”, powiedział Gerhard. Ja wiedziałam wtedy, że weźmiemy kilka z tych cennych roślin do domu.
 
[…]Ciemne chmury zebrały się w godzinach popołudniowych i ulewny deszcz utrudnił nasze poszukiwania w Schottland. Z dwudziestu trzech domów, które tam kiedyś stały, tylko cztery przetrwały i pośpiesznie zostały przez nas obejrzane. Dom Forester Wittke, budynek urzędu celnego i domy Eduarda Kohlmann’a i Fritza Pahlke wciąż stały. Dwa konie i kilka owiec pasło się na pobliskiej łące.
 
Odwróciliśmy się od Zalewu. Mieliśmy ładny widok na Bodenwinkel, które teraz nazywa się „Katy Rybackie”.
 
(W tym miejscu winno być zdjęcie przedstawiające widok na Kąty Rybackie od strony Przebrna)
 
To tu zaczyna się zachodni kraniec Zalewu Wiślanego. Spośród trzcin i wód głosy wielkiej ilości ptaków wodnych dochodziły do naszych uszu. Nie umiałam odróżnić ich od siebie, ale jedno wiedziałam, że w ciągu najbliższych kilku dni przyjdę tu sama wcześnie rano, aby nagrać te dźwięki. W górnej części wału, który chronił domy przed powodzią, przy wysokim stanie wody, żadna ścieżka nie została wydeptana. Mokra trawa zmusiła nas, aby idąc wałem patrzeć pod nogi.
 
[…]Lata temu w niektórych miejscach Zalew „dochodził” do samej drogi we wsi [Przebrno]. Nasi gospodarze powiedzieli nam, że piwnice w domu często były zalewane wodą po kolana. Ojciec i ciocia Käthe, także to pamiętali.
 
[…]Podczas kolacji nad wierzchołkami drzew widać było zachodzące słońce, które wyglądało jak duża ognista piłka. Wspomniałam, że chciałabym sfotografować zachód słońca od strony morza. Nasza cała grupa powstała, wsiadła do samochodu i wkrótce jechaliśmy wzdłuż wydm – przejażdżka była dłuższa niż przypuszczałam. Przez gęsty las prawie nie było widać słońca i bałam się, że zajdzie całkiem nim tam dojedziemy. Na rozdrożu musieliśmy wysiąść z samochodu, gdyż droga stała się nieprzejezdna. Szybko pobiegłam na wzniesienie. Jaki widok - biała plaża, morze, słońce! Pomyślałam, że mój aparat nie jest zdolny do uwiecznienia tak pięknej sceny, która była przede mną. Małe dzieło Boga, które zaistniało tu niezmącone. Było bezwietrznie, tylko cichy szum morza dostawał się do moich uszu. Niewiarygodny spokój - nie będąc świadoma tego, usiadłam na piasku, oddychając głęboko patrzyłam na widok przede mną. Inni dotarli tu później.
 
(W tym miejscu winno być zdjęcie przedstawiające ścieżkę prowadzącą na plażę morską w Przebrnie)
 
Przeszliśmy przez plażę, aż do samego brzegu. Ciągle było widać jak jeden lub drugi z naszej grupy, pochyla się, jakby szukając czegoś wyjątkowego. Nie, nie szukaliśmy muszelek, byliśmy obeznani z wschodniopruskim „złotem”. Czy mieliśmy szczęście znaleźć je tutaj?
Wszyscy z wytężonym wzrokiem szukaliśmy czegoś żółtego i już nie pamiętam, kto jako pierwszy zawołał: „znalazłem okruchy bursztynu!”.
 
(W tym miejscu winno być zdjęcie przedstawiające poszukiwania bursztynu)
 
Szczęśliwi pokazaliśmy wyniki naszych poszukiwań mojemu ojcu, który pozostał na wzniesieniu. Nasze skarby obrzucił spojrzeniem - „Zebraliście takie kruszynki”. Pamiętał, jak znalazł w przeszłości znacznie większe kawałki, które nadal ma. Pomimo jego postawy nadal byliśmy dumni z naszej "bułki tartej" i wiedzieliśmy, że gdy ponownie przyjdziemy na plażę to też będziemy szukać.
 
[…]Na moje żądanie ojciec narysował (z pamięci) mapę obszaru z Przebrna do Krynicy Morskiej, umieszczając każdy dom wraz z nazwami właścicieli.
 
(Poniżej, podzielona na trzy części, kopia mapy wykonanej odręcznie przez Otto Modersitzkiego, ojca Ilse von Behren. Autor artykułu otrzymał ją od amerykańskiej gałęzi rodziny Modersitzki)
 

 


Znalazłam praktycznie wszystkie zakręty, przejazdy i pagórki gruzów/śmieci, które pozostały z większości domów - mapa pokazała, jak nadal żywy był Nehrung [Mierzeja Wiślana] w pamięci mojego ojca. Przejechałam przez lub wyminęłam kilka głębokich kolein, ale na drodze stanęła mi górka z piasku. Ogrodzenie po jednej stronie drogi i słup energetyczny po drugiej stronie uniemożliwiały jej ominięcie. Pomyślałam, że innym musiało się udać, więc ostrożnie nacisnęłam pedał gazu. Udało mi się dojechać do środka górki, ale to był koniec! Moje auto nie pojedzie ani do tyłu, ani do przodu! Wysiadłam.
 
[…]Gdy powiedział do mnie coś po polsku, nie mogłam zrozumieć ani jednego słowa, ale z jego gestykulacji zrozumiałam, że chce pomóc. Teraz oboje wykopywaliśmy piasek zza kół. Potem pokazał, że powinnam wsiąść i starać się jechać do przodu a następnie od razu do tyłu.
 
[…]Nie liczyłam, ile razy próbowaliśmy, ale nie udało się uwolnić auta. W końcu Polak sam wsiadł do samochodu. Jego większe doświadczenie stawiało go w dobrej pozycji w konfrontacji z tą przeszkodą. Teraz Opel już się nie wygłupiał z jazdą do tyłu i do przodu, musiał się podporządkować i w końcu wylądował na stałym gruncie. Byłam jednocześnie wdzięczna i szczęśliwa.
 
Przypomniałam sobie, że po przybyciu, gdy rozpakowywałam się paczka kawy została pod siedzeniem. Szybko ją wyciągnęłam i podarowałam mojemu wybawcy. Był na początku zakłopotany i nie chciał brać jej, ale potem było mu bardzo miło. Za funt kawy ludzie w Polsce muszą zapłacić do 4000 złotych, co jest równe prawie 100 DM. Wiele rodzajów żywności wymaga, aby mieć na nie kartki żywnościowe. Mąka i cukier muszą być spożywane z umiarem a inne produkty żywnościowe są dostępne w niewielkich ilościach. Tylko rodziny, które nie zgłaszają hodowli zwierząt gospodarskich mogą kupić mięso. Od 4:00 rano ludzie stoją już w kolejce przed sklepami, gdyż tylko ci, co będą najwcześniej mają szansę dostać jakieś towary, chociaż i ci nie zawsze dostaną to, co chcieliby kupić, muszą wybierać z tego, co jest aktualnie dostępne. Nie brak też spekulantów. Nasza gospodyni powiedziała nam, że była dwa razy w sklepie w Stutthof [Sztutowo] na darmo; był to dystans 20 km autobusem. Maria poprosiła mnie kiedyś, abym kupiła jej zapałki. Nie mogłam uwierzyć, że musiałam obejść pięć różnych sklepów w kurorcie zanim je kupiłam. Ci ludzie w Polsce, którzy nie mają szans na wymianę towarów, mają ciężkie życie. Byliśmy w różnych sklepach w Krynicy Morskiej, Elblągu i Gdańsku, ale wszędzie było to samo, z drugiej strony, biżuteria i produkty dekoracyjne dostępne były w znacznej ilości.
 
[…]W Sztutowie
 
Droga, jaką trzeba pokonać, aby otrzymać dokumenty potwierdzające zgodę na pobyt w Polsce, była bardzo podobna do tej w NRD; jednak my nie musieliśmy stawiać się osobiście. Maria wzięła nasze wizy do urzędu i zadbała o tą sprawę za nas. Z moją wizą miałam dwa listy, które chciałam wysłać w Sztutowie. Zaparkowaliśmy przed budynkiem, do którego przytwierdzona została skrzynka na listy. Dom nie wyglądał jak urząd pocztowy. Byłam raczej niechętna, aby wejść do środka z moją skąpą znajomością języka polskiego. Drzwi do urzędu były otwarte; zajrzałam do środka, gdzie było dwóch umundurowanych panów. Pozdrowiłam ich po polsku, pokazałam im listy i zapytałam - "Znaczek?" Zrozumieli! Jeden z mężczyzn poprowadził mnie do wyjścia i wskazał pobliski kiosk, gdzie mogłam kupić znaczki, a następnie skrzynkę pocztową na ścianie budynku. Podziękowałam mu i wyszłam.  W kiosku powtórzyłam moją prośbę i otrzymałam znaczki, ale nie było takich, jakie potrzebowałam. Po tym Maria skierował mnie do urzędu pocztowego, gdzie mieli wszystkie rodzaje znaczków.
Kiedy Maria musiała wrócić do urzędu gminnego drugi raz, udałam się z nią. Budynek był wąski i było w nim zimno a pomieszczenia były małe z wysokimi sufitami. Ludzie wewnątrz wywarli na mnie korzystne wrażenie a Maria wydawała się ich znać.
Właściwie jak przyjechałyśmy, jeden z panów podszedł do schodów budynku i przywitał się z Marią całując ją w rękę! Następnie wziął też moją dłoń. Wydawało mi się to dziwne i nieprzyjemne, ale Maria później powiedział mi, że w Polsce całowanie w rękę jest bardzo powszechne. Kobiety pozdrawiają siebie przyciskając wzajemnie policzki. Widzieliśmy te formy pozdrowienia wszędzie.
Teraz, gdy zrozumiałam te formy pozdrawiania, zaakceptowałam je tak samo jak uścisk dłoni w Niemczech. Wszystkie, polskie rodziny, z którymi przyszło się nam kontaktować okazały się nie tylko przyjazne, ale również bardzo gościnne.
 
W Stutthofie byliśmy szczególnie zainteresowani kościółkiem. W minionych latach urzędowali w nim Mennonici; teraz służy, jako kościół Katolicki. Ojciec i ciotka Käthe chcieli się dowiedzieć, czy to prawda, że ołtarz z ich kościoła [z Przebrna] został tutaj ustawiony. Przypatrywali się mu długo poszukując podobieństw. Wreszcie znaleźli kilka znanych im szczegółów ołtarza z ich kościoła. Trzy obrazy zostały zastąpione i były w stylu katolickim. W niektórych miejscach ołtarz był odmalowany. Wspaniałe stare rzeźby, które zdobiły boki zostały usunięte przez ludzi, którzy nie rozumieli ich artystycznego piękna. Dekoracje kościoła katolickiego, były bardzo proste i zwykłe; odbieraliśmy je bez specjalnego podziwu. Jednak, jeśli chodzi o ten kościół dało się zauważyć coś bardzo osobliwego. Na dachu bociany uwiły gniazdo! Mieliśmy szczęście zobaczyć jednego jak powraca do reszty i usłyszeć klekot, gdy witały się na wzajem. Często byliśmy mile zaskakiwani liczbą bocianów, jaką mogliśmy zobaczyć w czasie naszych przejażdżek po tym obszarze.
 
[…]Polska jest biedna, ale jej przyroda jest nadal bogata.
 
[…]W czasie naszej drogi powrotnej ze Sztutowa zrobiliśmy przystanek w Kątach Rybackich, aby znaleźć lokalizację starej kuźni i wiatraka. Wiele zmieniło się w tej okolicy. Tylko kilka domów jeszcze stało a te, co zostały odbudowane były raczej małymi domkami letniskowymi. Niektóre dawne wzgórza zostały gdzieniegdzie zniwelowane. Ciotka Käthe przypomniała sobie, że słyszała o jednej Niemce, która pozostała tutaj. Maria, która była z nami pytała się w okolicy o niemiecką kobietę. Polka, którą zapytała znała tę osobę, była jej sąsiadką. Powiedziała, że raczej nie znajdziemy jej w domu, bo wyjechała gdzieś swoim zaprzęgiem konnym. Powiedziała jednak, że możemy mieć szansę na spotkanie z nią w drodze do Przebrna. Dogoniliśmy wóz konny, na którym jechała cała rodzina.
 
(W tym miejscu winno być zdjęcie przedstawiające rodzinę Malinowskich jadącą na wozie konnym od strony Bodenwinkel)
 
Maria rozmawiała z  tymi osobami. Kiedy okazało się, że kobieta, którą szukaliśmy była wśród nich, wysiedliśmy z naszego samochodu i podeszliśmy do zaprzęgu. Wujek cioci Käthe mieszkał w Bodenwinkel [Kąty Rybackie] i często go tam odwiedzała; stąd też wynikały jej żywe wspomnienia z tego miejsca. W czasie rozmowy padło wiele nazwisk dawnych mieszkańców, łącznie z rodziną Luck. Na wzmiankę o tym nazwisku, kobieta powiedziała, że służąca jej matki tak się nazywała. Moje uszy ożywiły się na wzmiankę o tym, gdyż miałam ciotkę o tym nazwisku! Ona jest siostrą mojej matki i poślubiła mężczyznę z Bodenwinkel. Od tego momentu zaangażowałam się w rozmowę i odkryliśmy, że brat jej matki ożenił się z moją ciocią! Już nie żył, ale nie zmieniało to faktu, że obje miałyśmy tą samą ciotkę i byłyśmy powinowatymi. Taka niespodzianka! Zapytała nas, czy nie chcielibyśmy przyjść do jej domu na wizytę, gdyż jesteśmy „Rodziną” a „O rodzinę trzeba dbać.” Zostało to powiedziane w języku dolnoniemieckim, w sposób, który nam bardzo zaimponował, a my przysięgliśmy przyjść tak szybko, jak to będzie możliwe.
 
Ze względu na wycieczkę do Elbinga i Danziga musieliśmy przełożyć naszą wizytę, która potem się udała. Irma widziała nas przejeżdżających rankiem i wieczorem koło jej domu i czuła się „zgaszona”, ponieważ nie wpadaliśmy na wizytę. Każdego dnia piekła dla nas ciasto! Na trzeci dzień wreszcie udało się i poczęstowała nas tortem, który był fantastyczny w smaku, pomimo faktu, że spodziewano się nas wcześniej.
Irma wyszła za Polaka, który zamieszkał w domu należącym do jej rodziców. Meble były proste. Pomieszczenia wypełniał nieokreślony specyficzny odór. Nie można było stwierdzić czy zapach ten, był wynikiem wieku domu czy też był zapachem ryb, które mąż Irmy codziennie przynosił, bo był rybakiem. Cały rodzina wspierała go w jego pracy. Jednak ten zapach mi nie przeszkadzał; wydawało się, że pasuje do domu i nadawał mu osobowości. Wśród obrazów na ścianie był jeden z Papieżem i jeden z „Czarną Madonną” jak we wszystkich katolickich domach w okolicy. Nie pytaliśmy, ale bez wątpienia Irma była wyznania rzymskokatolickiego.
 
[…]Powiedziano nam, że tylko młodzi rybacy mogą łowić w Zalewie w przeciwieństwie do osób na emeryturze, które mogą łowić ryby tylko w morzu. Młodzi mężczyźni mieli nie stawać twarzą w twarz z zagrożeniem, jakie niesie morze, podczas gdy starsi byli zbyt „kosztowni”, więc starano się ich pozbyć. Mąż Irmy był już na emeryturze. Innym razem, kiedy ich odwiedziliśmy lrma i jej synowa właśnie wracały z morza.
Powiedziała nam, jak na początku trudno było jej żyć, jako Polka. Kiedy ona i jej syn stali w kolejce w sklepie, była z niej wypychana i musiała iść na koniec szeregu. „Mogłabym napisać grubą książkę o moich doświadczeniach” - powiedziała. W tym czasie nikt inny jeszcze nie mówił po niemiecku; a teraz prawie wszyscy mieszkańcy znają ten język, pomimo, iż nie ma tu niemieckiej szkoły. Po kilku latach, gdy Niemcy uzyskali możliwość podróży do Polski, pracownicy pochodzenia niemieckiego byli zatrudniani w warsztatach i zakładach na bardziej przyjaznych warunkach.
 
W tamtych dawnych czasach Polacy bali się; „Oh, co się stanie, Niemcy znowu wracają!” To uczucie jest wciąż obecne. Ciocia Käthe powiedziała, że kiedy po raz pierwszy odwiedzała Przebrno, Maria również miała te obawy. Powiedziała wtedy do siebie - „Czego ta kobieta chce ode mnie teraz?” Kiedyś Maria powiedziała do nas - „Przegraliście wojnę a trzymacie się tak dobrze; my wygraliśmy a wciąż jest z nami źle.” I to jest prawda, że żaden Niemiec pomimo miłości do swojego kraju nie chciałby żyć w tak złych i nie komfortowych warunkach. Bez wątpienia próbowałby polepszyć swoje warunki tak szybko, jak tylko to możliwe. Niemcy po wojnie nie czuli się komfortowo w swoim kraju, aż do czasu, gdy każda sterta gruzu nie została usunięta.
 
[…]Polacy wybudowali lub odnowili tylko to, co było im potrzebne; wszystko inne leży spokojnie od czterdziestu lat. Nie przeszkadzają im zarośnięte sterty gruzu na polach, drogi pełne wybojów i koleiny. Być może to przypomina, odwiedzającym Niemcom, starą ojczyznę i czyni ją bardziej ukochaną.
Kto może powiedzieć, co tak naprawdę wiąże ludzi ściśle z ich ojczyzną? Prawdopodobnie to „Te” doświadczenia, które każdy ma, powracają po latach jak cudownie utkana sieć obejmująca ziemię i ludzi. Wszyscy znali się nawzajem i każdy miał swoje przezwisko. Irma była nazywana ,,Ankamauns Bahren”, mój ojciec był „Moritschchen’s Otto”. Był też „Spetzkopp”, „Trompierpeter”, „Kruger” i „de Paans”.
Domy, także miały nazwy: „Ruttens”, „Pneukes”; domy ,,Schielts Onkel Hans”, „Onkel Fritz” i „Tuchels” nadal stoją. Tuchels Jaun ożenił się z Bahren Emmą. Jej syn Helmut mieszka teraz w Kilonii. Dom „Schusterklauten” też trzyma się, ale bez kuźni tylko kawałek stodoły pozostał. ,,Zajazd Gieselers” już nie istnieje; był nieopodal domu mojej ciotki. Został spalony razem z moją ciotką Augustą. Ta posiadłość jest teraz bezpośrednio za płotem małego domku letniskowego. O dziwo nadal istnieją dwa klony i żwirowa ścieżka prowadząca do morza.
 
[…]Teraz wszystkim wróciły różne wspomnienia, tak, że wiele historii zostało opowiedzianych i wiele zostało niedokończonych! Dawniej w Nehrung było wiele okazji do świętowania i zabawy, które nie mogły się odbywać bez „Schrum” (taniec). Kiedy był „Schrum” coś się działo! Najlepszą znaną grupą muzyków była Luckaussen Kapelle". Później była jeszcze inna „Drei-Mann-Kapelle”: Willen Ernst grał na klarnecie; Theodor Lotz, trąbka i Schilling, skrzypce. Schilling był zawsze chętny na „jednego” a kiedy był pełny, rozmazywali smalec na jego dziobie!
Tak, tak, jeśli młodzi ludzie teraz by tak zrobili, to nie obyłoby się bez kary! Ale w tamtych czasach każdy śmiał się z takich psikusów, aż do bólu! Co robiliśmy,  gdy usłyszeliśmy o tym. Ta wizyta sprawiła nam wiele radości- zwłaszcza dla Irmy. Ona tak rzadko miała okazję pogadać z kimś niemieckiego pochodzenia, z kimś kto miał tą samą przeszłość, co ona.
 
Gdyby tylko czas pozwolił to zostalibyśmy dłużej. Ale pragnęliśmy odwiedzić jeszcze dwie osady: Langhaken [nie istnieje] i Liep [Krynica Morska-Lipa] - skąd pochodzili moi rodzice. Pierwszy raz, kiedy tam przyjechaliśmy wydawało się jakby było to z 80 kilometrów od Przebrna, ale następnym razem poszliśmy na piechotę. Wtedy kierowaliśmy się przez las, gdzie wszyscy z Langhaken i Liep spacerowali nie bacząc na pogodę. Dla niektórych było, rzeczą naturalną pokonanie tego dystansu zimą na łyżwach.
 
(W tym miejscu winien być całostronicowy rysunek przedstawiający Langhaken – Frische Nehrung, autorstwa Helmuta Preisinga z 1934 roku)
 
Dzieci z Langhaken uczęszczały do szkoły w Przebrnie; te z Liep miały własną. Jednak droga do budynku szkolnego była taka sama dla obydwu grup. I można sobie wyobrazić, że dzieci na tym długim dystansie nie były zawsze grzeczne i dobrze wychowane. Dzieci biły się często przed lekcjami jak i po. Najmniejsze i najsłabsze najczęściej były ofiarami żartów i przepychanek.
 
[…]Zwróciliśmy się w kierunku drogi Horsten, ścieżki w lesie, która ponownie wiodła przez Schmirgel [przysiółek Przebrna]. Ledwo dwa kilometry dalej była osada Schellmühl [Młyniska (Siekierki)]. Z trzynastu domów, które tam były, ostało się siedem. Wcześniej Schellmuhl należał do Arndtsa i do wujka Ferdinanda (Schmirgel). Nie można było powiedzieć dokładnie gdzie znajdowały się nieruchomości, bo cały teren był porośnięty drzewami. Ten obszar nie jest już uprawiany przez Polaków, dlatego las mógł spokojnie się rozrastać. Pierwszego domu Schellmuhl, mianowicie Koschke’a, już nie było. Gospodarstwo Adolfa Loweners’a leżały po drugiej stronie. Domy Alberta Classen’a i Burgermeistera (burmistrza) Engels’a wciąż stoją. Domu Etersa (lub Eduarda) Classen’a już nie ma. Max Engels miał wędzarnię nad Zalewem Wiślanym, która ocalała i obecnie jest zajęta.
 
(W tym miejscu winien być całostronicowy rysunek przedstawiający Schellmuhl  – Frisches Haff, autorstwa Helmuta Preisinga z 1934 roku)
 
W dawnym czasach wody Zalewu docierały prawie pod same domy. Dom Engels’a był tuż obok domów Fritza Koschke i Eduarda Rittker’a, jednego między nimi brakowało. W miejscu, gdzie był dom Lowners’a (który później należał do Krolls'a) rozkwitał piękny krzew bzu. Obecność tych roślin, była zawsze dobrą wskazówką, że nieopodal stał dom. Przed domem, który należał do szkutnika Winterfeld’a, bawiło się kilkoro dzieci. Wspaniała droga wiodąca od Zalewu na drugą stronę mija teren Benjamina (Benscha) Pahlke. W tym miejscu wody zalewowe wciąż docierały do Langhaken. Tutejsze lasy okazały się  bardziej jasne z powodu licznych drzew brzozy, które były już lekko zielone - wciąż mieliśmy jeszcze miesiąc maj. W tym czasie trzciny sięgały daleko w głąb Zalewu.
Napotkaliśmy szkółkę młodych drzew; stąd polna droga wiodła do głównej drogi. Po naszej prawej stronie, wzdłuż Zalewu, prowadził nas rów. Od brata mojego ojca, stryjka Karl’a, dowiedziałam się, że mój dziadek pomagał przy kopaniu tego rowu. Gerhard odnalazł kilka bunkrów z wejściami zakrytymi liśćmi i gruzem.
 
[…]Pozostał nam tylko krótki odcinek do rejonu Langhaken. Dowiedzieliśmy się już od cioci Käthe, że żaden z dwunastu domów się nie ostał. Duża działka została oczyszczona z drzew i krzewów oraz zniwelowana. Obszar ten został ogrodzony. Wieża wysokiego napięcia stała sztywno i dziwnie w tym krajobrazie. Kilka budek i domków dla robotników było rozsianych w okolicy. A w starym przewróconym autobusie, który nie miał okien ani całej reszty, rosło małe drzewo. Wspięliśmy się na ogrodzenie. Po krótkim rekonesansie, mój ojciec przypomniał coś sobie. „Tam” - wskazał na wysokie drzewo dębu, „to musi być tam, gdzie stryjek Karl, brat mojego ojca, miał swój dom. Równolegle za tym rósł krzew bzu i stary kasztanowiec. ,,To musiało być tu, gdzie Druds żył”. Następnie on i ciotka Käthe skierowali się w dół w stronę Zalewu, niewątpliwie znajdowali się w znanych sobie okolicach. Ogromny, prawie idealnie okrągły, krzak bzu stał przed długą zacienioną ścianą.
 
(W tym miejscu winno być zdjęcie przedstawiające krzak bzu, który stał przed domem dziadków Ilse von Behren  w Langhaken)
 
Pamiętali go znakomicie, gdyż rósł przed werandą moich dziadków. To był jedyny ślad - ale naprawdę wzruszający - wskazujący dom, który kiedyś tu był. Teraz nie było trudne dla mnie, aby znaleźć małe wzgórze obok domu sąsiada Pana Krause, z którego zjeżdżałam razem z bratem podczas zimy.
 
(W tym miejscu winno być zdjęcie przedstawiające werandę domu rodziny Modersitzki; ok. 1937 oraz dom Krause; ok. 1934)
 
Dom moich dziadków potrafiłam sobie wyobrazić jak żywy, pamiętam nawet po której stronie były drzwi do stajni.
 
(W tym miejscu winno być zdjęcie przedstawiające dom w Langhaken Gottfrieda i Emilie Modersitzki)
 
Za domem znajdował się ogród. W moich oczach widziałam moją babcię, pochylającą się i pracującą w nim.
Kiedy szliśmy w odwiedziny do babci, zostawiała cokolwiek, co robiła i przygotowywała dla nas trochę chleba i masła; bo zawsze byliśmy głodni. Jak pysznie to smakowało! W dużym pokoju był ogromny piec wykonany z płytek holenderskich; chleb pieczono w tym piecu. Stałam przed piecem jak babcia wyjmowała wielkie bochenki.
 
(W tym miejscu winno być zdjęcie przedstawiające rodzinę Modersitzkich w otoczeniu domowego pieczywa)
 
W spiżarni były schody prowadzące na poddasze. Ja i Hans uwielbialiśmy tam wchodzić i szperać w pudłach i kartonach, które tam leżały. W przyciemnionym świetle wszystko wyglądało tajemniczo. Mała spiżarnia, była dla nas odrębną atrakcją. Babcia miała krowę i wyrabiała własne masło. Garnki ze śmietaną były na stole w spiżarni i kiedy przechodziliśmy obok to zanurzaliśmy nasze małe paluszki w śmietanie. Co za niebiański smak! Lata później w Lubece, gdy Hans powiedział o tym naszej babci, to ona odparła, „Oh, jeśli tylko byście „nascht” (posmakowali) o wiele więcej!” Zawsze dla nas była taka dobra.
 
(W tym miejscu winien być rysunek przedstawiający Zalew Wiślany autorstwa Helmuta Preising’a z 1938 roku oraz zdjęcie Emilie Modersitzki z letnikiem)
 
Gdy nasi starsi mówili o niej, dało się odczuć miłość, jaką ją darzyli. Zanana była, jako ,,Tante Milje” (ciocia Emilia). Wujek Willi, kuzyn ojca, powiedział, że była w połowie lekarzem! Jeśli ktoś był chory, zawsze przychodził do niej. Wiedziała o wszelkiego rodzaju domowych lekarstwach sporządzanych z ziół, zmieszanych z herbatą, z miodem i cebulą. Jednym z jej specjałów był „Islandzki mech”. Pewnego razu wujek Artur jechał na rowerze z przyjacielem; Artur siedział z tyłu i wsadził palce w szprychy koła. Babcia opatrzyła Arturowi palce, ale pozostał spory siniak.
 
(W tym miejscu winno być zdjęcie przedstawiające Emilie i Gottfrieda Modersitzki w  latach trzydziestych oraz rodzinę Gottfrieda Modersitzki. od lewej: Artur, Otto, Heta z przodu, z tyłu Karl, Bruno, Emilie i Gottfried; ok. 1933 roku)
 
Wujek Artur także zna wiele opowieści. Najśmieszniejsza, to ta o powrocie do domu… będąc pijanym. Tak był „chory”, że nie mógł dojść do toalety. Otworzył okno i przez nie zwymiotował. Następnego ranka jego matka zawołała - „Fried, przyjdź i zobacz; co stało się kurom? Muszą być chore; wszystkie wywracają się!”
 
[…]Mój ojciec opowiadał o zdarzeniu, które spowodowało, że mówiono o nim „mit allen wassern gewaschen sein” (był kuty na cztery nogi"). Kiedy zapowiadała się dobra zabawa, był tam także i on. Kiedy opowiada o swoich młodzieńczych wybrykach, wszystkie problemy znikają! Było to w czasie kiedy nikt nie miał jeszcze światła elektrycznego. Ojciec przyszedł do domu z jednym znajomym, który także nie był trzeźwy, zapalił lampę naftową zmniejszając zbyt mocno płomień na palącym się knocie. Następnie obaj usiedli w kącie i zaczęli sobie gawędzić. Rodzice spali w tym samym pokoju, jednak nikt nie zauważył, jak bardzo lampa zaczęła kopcić. W końcu obudziła się matka i krzyknęła - „Mój Boże, Fried, spójrz na siebie!” Łóżko i wszystko wokół pokryte było sadzą! Niewiedziała, czy śmiać się czy płakać. Sprzątała pokój do wczesnych godzin porannych.
 
Babcia urodziła dziesięcioro dzieci. Cztery zmarły, jako niemowlęta a piąte w młodości. Najstarsza była dziewczynka, ciocia Hedwig, nazywana Heta, po niej przyszło czterech silnych i głodnych chłopaków. Raz mój ojciec Otto musiał pójść do pracy wcześnie rano i jego matka powiedziała do niego - „Idź do kuchni, tam jest ciasto i kawa” . W kuchni rozejrzał się wokoło jednak nic do jedzenia nie spostrzegł, więc zawołał do matki - ,,Mamo, gdzie jest to ciasto?” Odpowiedziała - „Synu, czy nie widzisz ciasta na stole?” Jednak ciasta nie było. Mój dziadek zaczął się śmiać - „Milje, zapomniałaś, że Artur wrócił do domu nocą?".
 
Niektóre krzewy i po części samosiejki śliw, pokazywały, gdzie były granice nieruchomości. Nadal można było rozpoznać ścieżkę oraz byłą drogę znajdującą się za domem wujka Karla. Przyjrzeliśmy się leśniczówce; która należała już do Liep, jako że te dwie osady leżały bardzo blisko siebie. Duża przestrzeń wokół leśniczówki została ogrodzona a drób wszelkiego rodzaju swobodnie tam biegał.
 
W Liep, było 58 domów, mój ojciec narysował je wszystkie na mapie, więc mogłam iść przez wioskę, gdzie się urodziłam. Domy, których już nie było zaznaczałam krzyżykiem. Znaleźliśmy parę z nich, ale nowe zostały zbudowane między nimi nadając wiosce inny wygląd. Na ulicy między domem Kohnke, zajazdem i sklepem spożywczym Ebel’sa, gdzie stały domy Sperlings’a, Stresaus’a i Wellms'a znaleźliśmy dziewięć domów nowowybudowanych z płaskim dachem. Łatwo było rozpoznać ładne domy rodzin Badneck, które były po obu stronach drogi.
 
[…]Poruszaliśmy się powoli, gdyż chcieliśmy znaleźć jak najwięcej z tego, co pozostało z przeszłości. Róg domu należącego do Otto Bahrs’a wciąż zawierał dziury po kulach. Na tej ulicy był kiedyś zajazd zwany „Schwarzer Husar” („Czarny Huzar”), teraz był tu nowy budynek. Zawróciliśmy na główną ulicę. Po lewej stronie znajdowały się dwu- i trzypoziomowe domy jednorodzinne, wszystkie z werandą z przodu. Mój ojciec spojrzał i powiedział - „To ja malowałem to wszystko wokół” i zamyślił się. W 1929 i 1930 na werandzie dwupoziomowego domu malował obrazy na ścianie. Chcieliśmy je zlokalizować.
 
[…]i rzeczywiście odnaleźliśmy dwa malunki, które sfotografowaliśmy.
 
(W tym miejscu winny być dwa zdjęcia przedstawiające malunki na ścianie werandy wykonane przez ojca Autorki; w latach 1929 - 1930)
 
[…]Narożnik domu, gdzie mieszkała rodzina Mietz, także ukazał coś interesującego. Duże drzewo kasztanowca nadal stało przed domem. Ścieżka nad morze, położona obok niego została utwardzona asfaltem; nie wiemy, jak daleko. Dom Modersitzkich znajdował się w miejscu gdzie jest teraz stacja benzynowa.
 
[…]Gdy podążaliśmy w stronę Zalewu, doszliśmy do posiadłości, która należała do rodziców mojej matki. Był to dom dwupoziomowy; ludzie mieszkający w drugiej części nazywali się Wellm.  Niestety domu już nie ma. Dom po drugiej stronie ulicy, który należał do rodziny o nazwisku Blank przetrwał. Jest pomalowany na beżowo.
Podwórko jak i pierwotna droga, między domami była otoczona przez wysoki płot. Dlatego nie byliśmy w stanie dostać się do tego miejsca. Rozczarowani wróciliśmy na ulicę. Tu odkryliśmy wejście do piwnicy domu Duhnke. Za nim był dom Wellm’a, który był znany, jako „Schwarzers”.
Rodziców mojej matki wołaliśmy „kleine Oma” (mała babcia) i „grosser Opa” (duży dziadek) a rodziców mojego ojca „grosse Oma” (duża babcia) i „kleiner Opa” (mały dziadek). Więc w ten sposób, nigdy ich nie myliliśmy!
Mimo, iż Mała Babcia była trochę inna od Dużej Babci (bardziej restrykcyjna) to i tak lubiliśmy do niej przychodzić. Przed domem była piaskownica, w której uwielbialiśmy się bawić z Hansem. Kiedyś zapytaliśmy babcię, czy nie możemy dostać kilku małych filiżanek, gdyż miała ich dużo w kuchni, ale nie dała nam żadnej. Mieliśmy pozwolenie na wejście do salonu tylko wtedy, kiedy obiecaliśmy, że nic nie będziemy dotykać. Na szafce stały małe porcelanowe figurki - głównie psy. Był jeden, na którego uwielbiałam się patrzeć i bezustannie go głaskać. Miał takie ładne uszy i śliczny pyszczek.
 
(W tym miejscu winno być zdjęcie dziadków Autorki babcia Augusta i Marie Stegmann w Liep)
 
Najbardziej lubiliśmy przebywać przy dziadku. Siadał w dużym krześle przy oknie a my mogliśmy siedzieć razem na jego kolanach. Następnie grał z nami w „hoppe, hoppe Reite” (hop, hop, Jeźdźcu). Ta zabawa nigdy się nam nie nudziła! Na piętrze, gdzie znajdował się ten pokój były drzwi pułapka, przejście do „czarnej dziury” -  piwnica na ziemniaki. Babcia zupełnie nie bała się tam wchodzić. Inny mały pokój należał do brata matki; cały czas był pusty. Wujek Artur miał gramofon, którym zachwycałam się razem z Hansem. Nigdy nie spałam tu, kiedy przyjeżdżaliśmy w odwiedziny z Pillau (Bałtyjsk). W roku, w którym urodziłam się moi rodzice przenieśli się do Neutief w związku z pracą, jaką ojciec otrzymał na tamtejszym lotnisku. Mieszkaliśmy w porządnym małym domu z dużym ogrodem na tyłach.
 
Mała babcia miała dziewięcioro dzieci, z których cztery zmarły, jako niemowlaki i jedną córkę, Liesbeth, która zmarła w wieku 24 lat, chwilę przed własnym ślubem. Darzono ją ogromną miłością, wzięła pod opiekę sierotę. Na łożu śmierci poprosiła u Boga o swoje wszystkie siostry i braci, przyszedł proboszcz dać jej komunię i porozmawiał na temat planów jej pogrzebu. Chciała być ubrana w jej suknię ślubną a na pożegnanie miała zabrzmieć pieśń „Was Gott tut, das ist wohlegeta” (Co Bóg czyni, jest dobre).
 
[…]Liep nie jest już odrębną osadą. Granice między Liep i Kahlberg już dawno stały się trudne do odróżnienia. Teraz oba miejsca znane są, jako Krynica Morska.
 
[…]Moja matka, po tym jak zakończyła szkołę, pracowała jako ogrodnik w parku zdrojowym. Już wczesnym rankiem wiele ścieżek było przez nią omiecionych. Przez jakiś czas również sprzedawała bilety wstępu na kąpielisko.
 
[…]Neukrug [Nowa Karczma (Piaski)] był naszym ostatnim punktem wycieczki po Nehrung. Zaledwie osiem kilometrów dalej jest granica radziecka. Jechaliśmy tam w tempie 30 kilometrów na godzinę. Trochę odpoczęliśmy w starej leśniczówce w Schmergrube. Od tego miejsca byliśmy jedynymi na drodze. Na około 20 km trasie (łącznie tam i z powrotem) spotkaliśmy tylko dwa lub trzy samochody. Tutaj Nehrung jest bardzo wąskie, tak, że mogliśmy zobaczyć przez drzewa zarówno Zalew jak i morze.
Na początku osady znajdowała się przystań dla łodzi rybackich. Jeden rybak właśnie przechodził przez ulicę przed nami z siecią pełną tłustych ryb; inny był zajęty ich wędzeniem. Nieco dalej w głąb wioski droga kończyła się i trzeba było zawrócić. Nie chcieliśmy odchodzić zbyt daleko od naszego samochodu, gdyż powiedziano nam, że niemieckie samochody bez nadzoru były często okradane z części. Mój ojciec oświadczył, że zostanie w samochodzie. Moja ciotka i ja wędrowałyśmy po małej osadzie. Mówiono, że turyści także przybywają do tej osady, ale wydawało się nam, że nie była ona dostatecznie wyposażona na przyjęcie odwiedzających. Wszędzie leżały śmieci wszelkiego rodzaju. Koleiny i wodne wyrwy czyniły drogę nienadającą się do jazdy. Czuliśmy się tak, jakbyśmy byli na krańcu świata.
 
(Wolne tłumaczenie z języka angielskiego Krzysztof Konrad Lewandowski)
 
Źródło: A trip to East Prussia. On the trail of my childhood by Ilse von Behren, niepublikowane tłum. na j.ang., Emma Tabbert Seger; na podstawie oryginału: Ilse von Behren, “Auf den Spuren meiner Kindheit - eine Reise nach Ostpreussen”, Verlag Dipl.-Kaufmann Helmut Preising, Mainz 1990.
Powrót
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego