Niewolnik pod żaglami - Historia Wysoczyzny Elbląskiej

Przejdź do treści

Menu główne:

TEMATY RÓŻNE > WSPOMNIENIA





Alfred Jan Paruszewski - obszerne fragmenty wspomnień pt. "Niewolnik pod żaglami"

Niewolnik z literą "P"
      
[...] I już w pierwszych dniach marca 1943 r. wyjeżdżaliśmy do pracy przymusowej. Było nas około 50 mężczyzn, jeśli nas, kilkunastu 18-latków wliczyć do tej grupy. Z naszej rodziny było nas dwóch, ja i starszy o cztery lata brat Stanisław.
      
Wieczorem mieliśmy się stawić na dworcu. Przed wyjazdem ostrzeżono nas, że w razie nie stawienia się, reszta rodziny pójdzie do więzienia.

[...]
Wszyscy z tej grupy byli wodniakami. Sporo było i starszych szyprów z patentami sterników czy kapitanów żeglugi rzecznej. My - ja z bratem i nasi koledzy - byliśmy początkującymi żeglarzami. Załadowano nas do wagonów osobowych i ruszyliśmy. Jechało z nami dwóch Niemców z Arbeitsamtu. Pierwszym etapem miała być Bydgoszcz, a drugim Elbląg. (...) ... połowa grupy, w liczbie 25 mężczyzn, została przydzielona na barki w Bydgoszczy, a druga połowa jutro pojedzie do Elbląga, gdzie zostanie przydzielona na żaglowce lub inne jednostki pływające typu morskiego.

[...] Do Elbląga przyjechaliśmy późno po południu. Ci którzy nas eskortowali, zostawili nas na placu jakiejś firmy i poszli zasięgnąć języka. Okazało się, że nikogo z urzędników Arbeitsmatu już nie było i będziemy musieli tutaj nocować. Gdzie? Tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Na stołówce tej firmy poczęstowano nas gorącą zupą z brukwi, którą niektórzy z nas po prostu wyleli do ubikacji. Ja napiłem się gorącej kawy i zjadłem resztki żywności, jaka mi pozostała po trzech dniach podróży. Noc spędziliśmy w jakiejś sali, należącej do nazistowskiej bojówki SA. Wytrychami, które niektórzy od ręki zmontowali, otworzyliśmy biura obok i pozabieraliśmy stamtąd wszystkie papiery, tylko te nie zapisane. A potem rozpaliliśmy nimi w piecu kaflowym, stojącym w rogu sali. Było zimno. Na opał poszły także drewniane kosze na śmieci, niektóre taborety i jakieś krzesła. Zrobiło się całkiem miło i ciepło, więc posnęliśmy...

Targ niewolników
      
Przychodzili właściciele jednostek pływających: oglądali kandydata, sprawdzali jego mięśnie, poklepywali jak oswojone zwierzę, a potem płacili haracz do kasy i zabierali delikwęta. Byliśmy kupowani, jak zwierzęta domowe na targu.
      
Pożegnaliśmy się z bratem, który odszedł ze swoim kapitanem. Stanisław miał pływać na statku pasażersko-towarowym o nazwie "Kahlberg", a jego kolega Loniek Łuszczewski został przydzielony na statek "Borussia"[Przypis (23) : Statki obsługujące w okresie letnim m.in. trasę Elbing-Kahlberg (Elbląg-Krynica Morska)]. W końcu z całej grupy zostałem prawie sam na placu, bo wszyscy wybierali rosłych, silnych mężczyzn - nikt nie interesował się mizerakiem.


[...] ... zostaliśmy odesłani do lagru - obozu pod Elblągiem, o nazwie "Wansau". Byliśmy wszyscy w tym samym baraku. Ja otrzymałem pryczę na piętrze, z uwagi na mój młody wiek. Nazajutrz zaprowadzono nas do miasta i przydzielono do kopania ogrodu. Właściciel nazywał się Kurt Dombrowski [Przypis (25) : Wg książki telefonicznej z 1942 r. Kurt Dombrowski, Maurer-u. Zimmermeister, Baugeschäft, Tannenbergalle 61 (Aleja Grunwaldzka)], a jego firma mieściła się w budynku, położonym naprzeciwko dworca kolejowego. Rano otrzymaliśmy po misce zupy z brukwi i po pajdzie chleba, o którym to pożywieniu pracowaliśmy do godz. 16.00. Po powrocie był obiad, zazwyczaj z kolacją. Tak to było do końca kwietnia, kiedy to otrzymaliśmy polecenie udania się do Arbeitsamtu, skąd zabrali nas szyprowie, pochodzący z Tolkmicka pod Elblągiem.


Garbus z Tolkmicka

Szyper, który kupił starszego kolegę, zaprowadził go na posiłek, jak domyślałem się z jego słów i gestów. Natomiast mój Garbus ( tak go nazwałem, bo miał autentyczny garb) poprowadził mnie na dworzec Kolei Nadzalewowej Elbląg-Miasto i po oczekiwaniu przez około dwie godziny na pociąg, pojechaliśmy do Tolkmicka, skąd pochodził. (...) Po godzinnej jeździe, gduż kolejka zatrzymywała się na wszystkich przystankach, dojechaliśmy na miejsce.
      
Wysiadając spostrzegłem port, a w nim masę masztów. Mój Garbus znów coś zaczął szwargotać. Poprowadził mnie do portu i pokazując stojące w porcie żaglowce powtarzał:
      - Viel Kameraden!

      
Rozumiałem, że będą koledzy, ale kto? Tego nie wiedziałem. Następnie poszliśmy do jego domu, a właściwie mieszkania. Mieszkał w małej, parterowej budzie przy Herren Strasse Nr 15 (dzisiaj ul.Świętojańska). W domu przedstawił mnie swojej żonie - wysokiej, grubej Niemce z dużymi, krowimi oczami i krótko ostrzyżoną, czarną grzywką. Trzymała na rękach około rocznego chłopaka, noszącego dumne imię Otto [Przypis (27) : Otto Wulf ur.1941 r.]. Nazywała się Rose, czyli Róża, ale tak jej było do róży, jak krowie do świni. Potem dygnęły przede mną dwie jasnowłose dziewczynki. Starsza, licząca ok. 9 lat, nazywała się Waltraud, a młodsza 6- letnia, miała na imię Anna. Obie okazały się wkrótce bardzo przydatne do mojej nauki języka niemieckiego.

       

Zapewne z polecenia ojca starsza dziewczynka wykorzystywała każdą chwilę, żeby mi pokazać jakiś przedmiot, wymieniając przy tym jego niemiecką nazwę i pytając o nazwę polską. Na drugi dzień obudził mnie szyper, bo Garbus tak kazał siebie nazywać, tupiąc głośno po pokładzie i pokrzykując:

       - Alfred! Komm, aufstehen!

      
Spałem w kajucie na dnie łajby, dostałem jeszcze wieczorem papierowy siennik i wiązkę słomy, otrzymaną od bauera, który potem okazał się stryjem mojego Garbusa. Do kompletu dostałem dwie szmaty, które trudno było nazwać kocami. Byłbym zamarzł na amen, gdyby nie żagle, które leżały na drugiej pryczy przyciągnąłem je na swoją koję, robiąc z nich namiot. Spałem w nim, ogrzewając się własnym ciepłem.
      
Schiff, czyli żaglowiec był długą, 70-metrową barką, mającą szerokości jakieś 4 metry. Posiadał dwa maszty, grot i bezan oraz maszt na dziobie, zwany kliwer - baum, na którym były dwa żagle, zwane kliwrami. Był też żagiel foka, co dawało razem pięć żagli. Była to stara łajba z bocznymi mieczami po obu stronach, spuszczanymi kolejno przy halsowaniu. Żeby pociągnąć takie diabelstwo, trzeba było mocnych ludzi. Miałem okazję zapoznać się z tym już podczas pierwszego rejsu, gdyż wpłynęliśmy do Nogatu.

      
Od rana do południa pracowałem przy smarowaniu smołą burt zewnętrznych łajby. Aż do chwili, gdy przyszła starsza z dziewczynek, żeby mnie zabrać na obiad. Idąc z nią spostrzegłem na jednej z barek moich kolegów - byli to Heniek Parasiak i Maniek Denkiewicz, którzy przyjechali w tej samej grupie, co ja. Ucieszyliśmy się bardzo i uściskaliśmy, ale moja przewodniczka przerwała nam, ciągnąc mnie za rękę i powtarzając:
      - Alfred, komm, Mittagessen.

Umówiliśmy się na wieczór; mocno mnie podbudowało to spotkanie, odprężyłem się.



Mój przyjaciel Paul


Przy obiedzie poznałem młodego chłopaka mniej więcej w moim wieku, który przedstawił się jako Paul. Był to Niemiec, który na jesieni miał iść do wojska, a przez całe lato miał pływać z nami na łajbie. Paul był szczupłym, drobnej postawy blondynem, o rok młodszym ode mnie. Miał być drugim, a raczej pierwszym matrosem, bo to głównie on otrzymywał polecenia, które potem we dwójkę wykonywaliśmy. Zyskałem dzięki temu jeszcze jednego nauczyciela języka niemieckiego. Paul chętnie tłumaczył mi na język niemiecki polecenia szypra, pomagając sobie gestykulacją. Ale też żądał, żebym wszystko nazywał po polsku. Często śmiał się przy tym, kiedy nie mógł czegoś prawidłowo wymówić. Raz przyniósł mi paczkę papierosów "Nimh" Powiedział:

   - To od mojej mama.
   - Od mamy!- poprawiłem go.- Muti to mama. Ja kocham muti, to znaczy po polsku, ja kocham mamusię.

      
Po czterech tygodniach zdradził mi, że jego matka jest Polką. Zaklinał mnie przy tym, żeby nikomu o tym nie mówić. Chciał się uczyć po polsku po to, żeby na froncie móc się porozumieć z Polakami.
      
Wieczorem przyszli do mnie koledzy i przyprowadzili jeszcze paru innych, którzy mieli pływać na tych żaglowcach. Był tam starszy mężczyzna, Czesław Skotak - doświadczony szyper, który pływał na Wiśle i miał łajbę jeszcze przed wojną. Byli jeszcze inni, z Czerwińska i Zakroczymia, których mam na zdjęciach, ale ich nazwisk nie pamiętam.Zdaje się, że było tam dwóch braci z Zakroczymia, ten starszy miał na imię Rysiek. Zdjęcie robił nam Marian, który miał aparat fotograficzny. Kupiliśmy ten aparat przed wyjazdem, za ok. 20 marek. Był też starszy ode mnie chłopak Stefan Lipski, który pochodził z Suchocina pod Nowym Dworem. Mam też drugie zdjęcie grupowe, gdzie wśród nas jest starszy mężczyzna, pochodzący z Radziwia koło Płocka. W lecie 1944 r. zginął koło Pillau, kiedy jego barka wpadła na minę, ale o  tym opowiem w swoim czasie.
      
Najfajniejszego szypra miał Heniek. Kiedy Heńkowi nie chciało się pracować, szyper wszystko robił sam, a przy tym spokojnie tłumaczył, co i jak należy robić. Heniek szybko orientował się, o co chodzi, a nawet poprawiał po swoim kapitanie, dowcipkując:
      - Herr Cheff auf polnisch ist anders.
Niemiec śmiał się i mówił:
      -Ja, ja, Henryś! Du hast recht!
      
W maju kilku chłopaków dało drapaka do Warszawy. Pomógł w tym pewien chłopak z Pomorza, który pracował u bambra i znał doskonale język niemiecki. Szyper Heńka płakał wtedy rzewnymi łza mi.
      -Warum? Warum?- pytał.- Przecież jest wojna, a on u mnie miał, jak u Pana Boga za piecem.
    
W grupie tej uciekli: Heniek Parasiak, Marian Denkiewicz, młodszy brat Lońka Łuszczewskiego (nie pamiętam jego imienia), no i ten chłopiec od gospodarza. Ja też byłem z nimi umówiony, przyjechałem w niedzielę rano do Elbląga, ale tu spotkała mnie przykra niespodzianka. Pan Skotak poinformował mnie, że chłopcy uciekli wieczorem, czyli w sobotę, bo przyjechał chłopak od bambra i namawiał, żeby uciekać właśnie w sobotę, kiedy wszyscy wracają po pracy do domu. Im się wtedy powiodło.
      
Kiedy otrzymałem trzy dni urlopu - pracowałem wówczas w wasztacie metalowym "Artur Sprich" w Elblągu, gdzie umieścił mnie na zimę mój szyper - zostałem zatrzymany w Malborku i zawrócony. Od chłosty uratowała mnie karta urlopowa, którą miałem przy sobie. Inni byli strasznie bici, a ich krzyki było słychać na całym dworcu.
  
Moja łajba miała 500 ton wyporności, ale nigdy nie była ładowana do pełna z uwagi na jej zaawansowany wiek. Im więcej miała ładunku, tym więcej Paul i ja mieliśmy pracy przy pompach. Z reguły przewoziliśmy cegłę, którą braliśmy z Kadyn i Suchacza albo żwir, wydobywany z polnej żwirowni koło Tolkmicka. Cegłę dowożono nam wózkami szynowymi na molo, gdzie byliśmy przycumowani. Jeden z nas zdejmował cegłę z wózka i spuszczał drewnianymi rynienkami na dno żaglowca. Wtedy drugi z nas, razem z szyprem, układał cegłę w sztaple. Obaj z Paulem uczyliśmy się sztuki układania cegły w ładowni. Ładunek (cegła czy żwir) musiał być równomiernie rozłożony w całej jednostce, żeby zapobiec wyginaniu bali i powstawaniu otworów, przez które mogłaby się wdzierać woda, z którą i tak mieliśmy dosyć roboty.
      
Najgorzej było z wyżywieniem: nasz szyper miał sporą rodzinkę, która chciała jeść, a skromne kartki żywnościowe nie wystarczały. Dlatego na śniadanie najczęściej dostawaliśmy dwie kromki chleba, posmarowane marmoladą albo białym syropem, który nasz szyper jakimś sposobem otrzymywał z „Marmoladefabrik”[Przypis (29) : Była to fabryka marmolady budowana w latach 1938-1940 na obszarze między portem a dworcem. Wówczas nazywała się "Die Niedersächsische Marzipan-, Marmeladen und Konservenfabriken Engelken Gebrüder & Co. Hamburg-Altona I" Tolkmicko przedstawiło wówczas, dzięki burmistrzowi Bernhardowi Schlie, najkorzystniejszą ofertę i firma hamburska ulokowała tu swoją filię, w której znalazło zautrudnienie ok. 200 osób. Symbolem tej fabryki był komin wysokości 40 m. Cukier do produkcji sprowadzano z Malborka, Mełna k. Grudziądza i Pruszcza Gdańskiego.Po wojnie były tu słynne „groszki” Warmińskie Zakłady Przemysłu Owocowo-Warzywnego]. Głodne śniadania i kolacje nadrabialiśmy obiadami, w których kartofle stanowiły danie podstawowe. Szyper otrzymywał kartofle od stryja, o którym wcześnie wspomniałem. Do kartofli, gotowanych oczywiście w obierkach, mieliśmy przeważnie gotowane dorsze, leszcze i flądry. Otrzymywaśmy je od rybaków za parę marek. Zazwyczaj braliśmy je sami, bo szyper za 1 markę gotów był osobiście skoczyć do wody i łapać ryby rękami.

       - Dorobkiewicz powiedział o nim Paul.

      - Jego szczęście to ten garb.
      - Dlaczego?- spytałem głupio.

       - Bo wszyscy zdrowi mężczyźni w tym wieku służą w wojsku i są na froncie, a on u tej grubej pod betem leży. I żeby nam obrzydzić posiłki pierdzi przy jedzeniu, podnosząc raz jedną, a raz drugą nogę. Rechocze przy tym i krzyczy:
       - Gesund! Gesund! Jungę!

     
Szyper kazał nam uszyć dwa worki ze starych żagli. Jak się później okazało, worki te były mu potrzebne na ryby, które kupował w tajemnicy od rybaków za wódkę i tytoń. Ryby te (głównie węgorze) zawoził do domu: zawsze w soboty zlecał nam mnóstwo roboty, a sam statkiem albo pociągiem wyjeżdżał do swojej Róży do Tolkmicka.
      - Ona taka Róża, jak ja Herkules - śmiał się wtedy Paul.
Czasami pozwalaliśmy sobie na żarty z szypra, ale tylko w kajucie, żeby nikt tego nie słyszał.
      - Przeklęta wojna! - narzekał wówczas Paul, a ja szczerze mu przytakiwałem.

       - Tylu ludzi ginie, i po co? Dla tego wariata?

Wtedy on szybko zakrywał mi usta ręką i mówił:

       - Alfryd, du bist gute Kollege, nicht ?

      -Ja, ja!- odpowiadałem - obaj jesteśmy młodzi i obaj chcemy żyć, żyć bez wojny i ciągłego strachu o życie.
      
Dobrze nam było razem. Robiłem spore postępy w nauce języka, a kiedy źle się wyraziłem, Paul od razu mnie poprawiał. Za każdy mój błąd w wymowie żądał papierosa; to był luksus, bo szyper dawał mi tylko grodzieńską machorkę, tak zwaną krupczatkę - drobno pokrajane korzonki, które paliło się w fajce albo w gazecie.


Kahlberg: aresztujemy niedopałki...


Raz, kiedy byliśmy z cegłą w Kahlbergu (jest to obecnie Krynica Morska) wybraliśmy się z Paulem na "polowanie". Kahlberg był miejscowością sanatoryjno-wypoczynkową. Wśród schludnie utrzymanej zieleni spacerowali po żwirowych ścieżkach kuracjusze, leczący się na płuca, serce i drogi oddechowe.

       - Ty idziesz po stronie prawej, a ja po lewej powiedział do mnie Paul.

Już po kilku krokach znaleźliśmy niedopałki papierosów, cygaretek i cygar, które chowaliśmy po kieszeniach. Przy każdym niedopałku stawałem i mówiłem:

      - W imieniu marszałka, aresztuję niedopałka!
    
Paul, który nazywał niedopałki "Stummel", również przystawał poważnym tonem mówił swoją regułkę. Kiedy wracaliśmy na Schiff, następowała segregacja, obcinanie części ustnikowej i części nadpalonej, reszta zaś była drobiona i mieszana. Powstawał w ten sposób znakomity tytoń, którym nabijaliśmy fajki i - śmiejąc się z naszych poczynań - paliliśmy.
      
W niedzielę po południu znów wybraliśmy się na „polowanie” i znow mieliśmy pełne kieszenie niedopałków. Raptem wyszedł z kawiarni jakiś tęgawy, starszy pan, który krzyknął:
      - Jungen, komm hier! Aber beide!

Podeszliśmy z Paulem.

      - Dlaczego zbieracie to świństwo ?- zapytał.
      - Bo nie mamy co palić - tłumaczył Paul.
   - Wyrzućcie to! Czy wiecie, że tu są gruźlicy i inni chorzy, którzy palą? A wy co? Chcecie się nabawić groźnej choroby? Dalej wyrzucać!
Paul spojrzał na mnie i kiwnął głową: - Tak, tak, to racja. Ale co my będziemy palić, Alfryd?

Starszy pan wyjął z kieszeni paczkę "Privat" i rzetelnie podzielił nas po 10 sztuk. My w tym samym czasie wykopaliśmy butami dołek w ziemi, a potem wsypaliśmy do tego dołka nasze niedopałki i przysypaliśmy piaskiem.

      - Gut, Gut! A teraz zmykajcie i nigdy więcej tego nie róbcie!- powiedział na pożegnanie starszy pan.
I jakby nam nie dowierzał, kazał wywrócić kieszenie w spodniach, bo byliśmy tylko w spodniach i koszulkach. Ale my, kiedy zauważyliśmy, że w pobliżu nikogo nie było, wykopaliśmy niedopałki i zabraliśmy je z sobą.
    
Pamiętam, że kiedy Paul odbywał ostatni z nami rejs, bo zaraz potem miał odjechać na front, to prawie przestał mówić zgasła w nim energia, z młodego chłopca zrobił się młody starzec. Wiedział, że pójdzie na front i bał się, bo propaganda robiła swoje:
      - Russen! Kommunisten!
To były dla nich przerażające słowa.


      
Podczas tego ostatniego rejsu uszczupliliśmy szyprowi zapasy węgorzy, które następnym statkiem Paul zabrał dla swojej mamy. Stale byliśmy głodni; w sobotę, gdy szyper odjeżdżał, gotowaliśmy sobie ziemniaki w obierkach i smarując je słodką melasą uzupełnialiśmy skromne menu. Bywało, że Paul podpatrzył, gdzie szyper chowa klucze do szafki z żywnością. W takich wypadkach, kiedy tylko "Pukiel" [ puckel=garb] znikał z pokładu, Paul otwierał szafkę i szybko kroił dwie kromki (skromne sznytki) chleba, a następnie znaczył chleb, wyrywając z boku kawałek, jak to czynił szyper Wulf.
      
Kiedy zostałem sam z szyprem, przybyło mi pracy. Żałowałem serdecznie, że tak szybko minęło tych parę miesięcy, które spędziłem z Paulem.

Głodno i boso

Józef Wulf był sknerą, mało - skąpcem. Czasami dostawałem parę marek na fryzjera i mydło. Mówił, że więcej nie zarabiam, podczas gdy moi koledzy poza wyżywieniem byli też opierani przez żony szyprów. Ja prałem sam i często musiałem  oszczędzać na fryzjerze, by kupić trochę mydła do prania. Golić się nie miałem za co, bo nie stać mnie było na żyletkę. Kiedy wracałem po kursie lub dwóch do Tolkmicka, chłopcy zabierali mnie do baraku, żeby przywrócić mi wygląd kulturalnego człowieka. Dziewczęta zabierały moją bieliznę i starały się doprowadzić ją do stanu używalności. Następnego dnia po solidnym myciu, strzyżeniu i goleniu wyglądałem zazwyczaj zupełnie inaczej. Niektórzy mnie nie poznawali po tej odmianie.
      
Najgorzej było z odzieżą: nowej nie było skąd wziąć, a ta, z któą przyjechałem, szybko się zniszczyła. Świątek czy piątek, słońce czy deszcz, zawsze te same okrycia. Po trzech miesiącach rozleciały się moje ostatnie buty. Ciągle zamoczone, ciągle w wodzie, nic dziwnego, że nie wytrzymały takiego traktowania...
      
Kiedy wspomniałem szyprowi o butach, powiedział, że go nie stać, żeby jeszcze mnie ubierał. Dodał też, że kogo stać na srebrny zegarek, ten może chodzić bosy.

Kiedy miałem wyjść na ląd, podwijałem spodnie idąc boso. Szyper zawołał mnie i wręczył mi swoje gumowe buty.

       - Nimm powiedział. - Ja też nie mam więcej.

      
W pewną słoneczną niedzielę spotkałem się z bratem Stanisławem, starszym ode mnie o cztery lata. Pływał na statku pasażersko-towarowym o nazwie "Kahlberg". Widząc mój opłakany stan, podarował mi starą, granatową marynarkę. Dostał ją od swojego kapitana, ale poplamił ją białą farbą i już w niej nie chodził. Cóż, dobre i to. Byłem mocno głodny, więc zaprowadził mnie do restauracji koło mola. Kelnerka coś tam wycięła z naszych kartek żywnościowych. Oczywiście zupa była bez tłuszczu, tylko z warzywami. Drugie danie składało się z gotowanej ryby i ziemniaków. Głupstwo, grunt to pełny żołądek.
      
Jednym z małych portów rybackich, w których byliśmy parę razy z ceglą i żwirem, było Fischhausen czyli Rybaki. Do portu przywieźliśmy cegłę z Kadyn w piątek wieczorem, w sobotę szyper załatwił na poniedziałek rozładunek, a potem przykazał mi strzec łajbę i wyjechał do swojej Róży, oczywiście z pełnym workiem ryb.


Przyjaciele z Francji

Kiedy szorowałem pokład, w sobotę po południu podeszło do  mnie kilku żołnierzy w zielonych mundurach. Nie wyglądali na Niemców. W łamanej niemczyźnie wypytywali mnie o łajbę. W trakcie rozmowy wyjaśniło się, że są francuskimi jeńcami; pracują w miasteczku w swoich zawodach, a w soboty po południu i w niedziele mają wolne. Nocą (latem ok. godz. 22.00, a zimą o 18.00) wachman zamykał ich w baraku. Oni z kolei dowiedzieli się, że jestem Polakiem. zaprosiłem ich na łajbę, którą chętnie zwiedzili, a kiedy im opowiedziałem, że jest nas tylko dwóch, kiwali z podziwem głowami:
      - Nie jesteś atletą, wyglądasz mizernie. ale cóż, każdy musi pracować...
Zaprosili mnie do siebie. Ubrałem spodnie, które były rozdarte i włożyłem jakiś sweter. Kiedy jeden z nich wskazał na wiszącą marynarkę odpowiedziałem, że jest za duża. On ją obejrzał i zabrał z sobą. W baraku poczęstowali mnie smakołykami - czekoladą, kawą i dobry papierosami. Jeden z nich był krawcem; kazał mi ściągnąć spodnie i od ręki załatał dziurę. Marynarkę obiecał zrobić na poniedziałek, zapewniał, że będzie jak nowa. I dotrzymał słowa: marynarka - odwrócona na drugą stronę czyli przenicowana - leżała wprost idealnie.
    
Moi nowi przyjaciele byli wspaniali. A ten krawiec miał chyba na imię Albert. W rozmowie z nim dowiedziałem się, że przed wojną był krawcem. Mieszkał we Francji, w mieście Lyon. Chwalił się, że w latach 1938-39 był mistrzem okręgu w pływaniu. Tak, to mogło być prawdą - pływał doskonale.
    
Do Fischhausen [obecnie Primorsk] robiliśmy wiele kursów i zawsze tak się składało, że przypływaliśmy w piątek lub w sobotę rano. Po południu szyper wyjeżdżał do swojej Róży, a ja miałem sporo czasu dla siebie. Polubiliśmy się z Albertem, który był starszy od mnie o siedem lat, czyli był w wieku mojego średniego brata, Tadeusza.
      
Raz poszliśmy z kilkoma jego kolegami nad morze. Albert zaproponował mi wspólne popływanie w morzu. Jego koledzy baraszkowali na płyciźnie przy brzegu, ja natomiast, namówiony przez Alberta, popłynąłem z nim w morze. Wyprzedził mnie, płynąc świetnym kraulem: choćbym nie wiem jak się starał, i tak bym mu nie sprostał. Zafascynowany, płynąłem ciągle za nim. Byłem już zmęczony, kiedy obejrzałem się w stronę lądu. Włosy zjeżyły mi się na głowie - ląd był już tylko nitką na horyzoncie, a ludzie jak zapałeczki. Albert nie odpowiadał na moje wołanie, bo był bardzo daleko w morzu, zawróciłem więc w stronę lądu. Nie płynąłem spokojnie, bałem się, a strach paraliżował mi ruchy. Po pewnym czasie odczułem skurcze - najpierw w palcach u nóg i rąk. Zacisnąłem pięści i płynąłem dalej. Fale uderzały mi w twarz, opiłem się słonej wody. Traciłem siły, przed oczyma miałem już tylko wodę, czułem, że tonę, całe życie stanęło mi przed oczami. Zycie ostatnio ciężkie, ale i tak chciałem żyć.
Wtem coś uniosło mnie lekko nad wodę:
      - Alfredo! Alfredo!
To był Albert, który zawrócił, nie widząc mnie w pobliżu. Wrócił na czas, prawie w ostatniej chwili. Uniósł mnie jedną ręką, którą włożył mi pod plecy, zasłonił ciałem uderzenia fal i drugą ręką rozcierał mi najpierw palce u rąk, a kiedy już oddychałem spokojnie i miałem władzę w rękach, masował moje nogi i usuwał paraliż stóp oraz łydek.
      - No, przyjacielu!- powiedział teraz płyniemy do lądu. Spokojnie, nie wolno się forsować! Dopłynęliśmy.
Jeden z kolegów Alberta zreperował mi srebrny zegarek, który dostałem od swojej bratowej, żony Tadeusza, gdym wyjeżdżał w nieznane. Za ten zegarek szyper Wulf obiecał mi buty.
      - Zegarek będzie dla Róży, bo mnie to on jest niepotrzebny - powiedział szyper.
Trudno mi było zdecydować się na rozstanie z tą pamiątką. Ale z drugiej strony, chodzić w butach gumowych w lipcu...

"Pracuj, bo trafisz do obozu!"

Królewiec. Przypłynęliśmy do tego pięknego miasta z cegłą. Prosto z Zatoki Wiślanej wpłynęliśmy w odnogę Pręgoły, po lewej jakieś spichlerze i inne składy, po prawej wielka stocznia "Schichaua"- jedna z największych na Bałtyku [Przypis (32) : Była to d. Union-Gießerei, od 1930 r. filia elbląskiej stoczni F. Schichaua]. Dopływając do mostu kolejowego, spuściliśmy żagle i posuwaliśmy się naprzód, odpychając się wielkimi drągami, bo nie wolno było używać bosaków, które kaleczyłyby drewniane pale.



      
      
      - Fredek! Fredek!- krzyczał ktoś z lądu.
pojrzałem w tym kierunku: to był Władek Lachocki, lat około 35. Poznał mnie.
      - Ja tu pracuję Przyjdź! Gdziekolwiek będziesz, słyszysz?
Obiecałem, że przyjdę.
      
Przepłynęliśmy most, który był obracany na jednym filarze, a obracał się wtedy, kiedy zebrała się większa ilość jednostek albo w pewnych określonych godzinach. Popłynęliśmy w prawą odnogę Pregoły, mijaąc jeszcze dwa podnoszone mosty. Późnym wieczorem przycumowaśmy do nadbrzeża jakiejś fabryki, ale musieliśmy się cofnąć o parę długości jednostki na polecenie straży wewnętrznej tej fabryki. Po wykonaniu pracy zabezpieczającej, dostałem zgodę szypra na pójście do kolegów przy pierwszym moście. Najpierw odradzał mi, a później napisał coś na karteczce i powiedział:
      - Idź i kieruj się według gwiazd, trzymaj się prawej strony czyli wybrzeża. Ale wróć do rana, bo mogę zameldować, żeś uciekł i pójdziesz do obozu w Stutthofie.
Tym obozem straszył mnie często, jak nie chciałem się z nim zgodzić, kiedy byłem zapracowany na śmierć.



       

Nieraz, kiedy mieliśmy ładunek cegły z Suchacza czy Kadyn do Królewca, wypływaliśmy wieczorem, przed północą. Szyper szedł wtedy spać, a ja do rana stałem przy sterze, płynąc całą noc według kompasu. Rano on wstawał rześki, mył się i rżał jak koń, pluskał się w wodzie, a ja, zmęczony, z czerwonymi oczami, musiałem ciężko pracować przy pompie czy myciu pokładu. Nieraz miałem tego dość, ale Stutthof był tym słowem, które dodawało mi energii.
      
Do Stutthofu trafił ten chłopak od bambra, który uciekł z kolegą a później okradł siostrę Mariana Denkiewicza i wrócił do swojego bambra w Tolkmicku. Bamber za karę oddał go na 6 miesięcy do obozu; kiedy wrócił stamtąd, to nie był ten sam chłopak. Stronił od Polaków, a kiedy go raz odwiedziliśmy, żeby się dowiedzieć, dlaczego wrócił, nie chciał z nami rozmawiać - zawołał swego bambra, żeby nas przepędził. O Stutthofie jeszcze opowiem w innym miejscu.
     
Z kartką w kieszeni szedłem w kierunku mostu kolejowego, napotkane patrole omijałem lub chowałem się w bramach. Wiedziałem, że jak mnie złapią, to zanocuję na policji albo zostanę odstawiony z powrotem na jednostkę. Nie umiałem czytać gotyku, ale domyślałem się, co taki Pukiel może napisać. Szedłem i szedłem, a droga się nie kończyła. Raptem znalazłem się na nabrzeżu, koło mostu kolejowego, były tam barki. Na portierni powiedziałem, że jestem z Schiffu, to jest ze statku żaglowego, a tu znajdują się moi przyjaciele Polacy. Podałem nazwisko Władka Lachockiego i razem ze strażnikiem poszedłem do baraku. Uciechy było co niemiara, nawet strażnik dziwił się, że mogłem w nocy przejść taki kawał drogi, kiedy wymieniłem nazwę fabryki i ulicę, przy której staliśmy. Byliśmy blisko fabryki samolotów, które wykonywano ze sklejki.
      
Strażnik odczytał kartkę, którą mi dał szyper:
     - To nie jest dobry człowiek - powiedział.
Domyśliłem się tego, bo kiedy pisał, miał fałszywe ślepia. Garbata zaraza!
      - I co teraz? Przecież jak cię złapią, to zamkną - pytali wszyscy.
      - Dam sobie radę. A kartkę już zniszczę powiedziałem i porwałem kartkę.
Ale strażnik powiedział, że teraz jest jeszcze gorzej, bo nie mam żadnego dokumentu i może mnie spotkać nieszczęście. Ktoś wyciągnął butelkę bimbru: strażnik, poczęstowany bimbrem i suszoną słoniną z paczki, napisał inną kartkę, w której zezwalał mi na odwiedzenie w tej firmie kolegów. Jeszcze przed północą zabrałem się z powrotem, obiecując odwiedzić go innym razem.


Byłem u Władka Lachockiego jeszcze jeden raz. Wówczas Władek zaprowadził mnie na „Śmiecie”. Był to zespół baraków międzynarodowych, były tam sklepy spożywcze i nie tylko, były piwiarnie i burdele. Każda narodowość miała własne domy, a raczej baraki rozrywki. Prawdopodobnie dziewczęta, które szukały lekkiej pracy, podpisały dokument, z którego wynikało, ile lat ma w tym zawodzie pozostać. Opowiadano o pewnym chłopcu, który pracował na dwie zmiany i całą gotówkę oddawał szefowej dziewczyny, żeby mieć dziewczynę wyłącznie dla siebie.
      - Głupi! - powiedział Władek. - Jeśli ona poszła na lekki chleb, to żadne pieniądze nie pomogą. Ona po prostu lubi tę robotę i potrzebuje jej.
Władek i inni opowiadali, że Niemcy wchodzą tam bardzo rzadko. Istnieje policja, ale narodowa, która rządzi się własnymi prawami. Owszem, czasami przyjeżdżały samochody, pełne uzbrojonych żandarmów, co kończyło się rewizją w kilkunastu barakach. Bywało, że kogoś wtedy zabrali, ale zazwyczaj odjeżdżali tak jak przyjeżdżali. Oddziały straży porządkowej współpracują ze sobą i zawsze ktoś "da cynk", kiedy żandarmi mają przyjechać i w jakim celu.
Kiedy zauważyli moje niedowierzanie i kpiący uśmieszek, zapewnili mnie, że oni sami robią tu porządki z niewygodnymi ludźmi oraz szpiclami. Że mają broń automatyczną oraz krótką i przygotowują się, żeby wziąć udział w walce, kiedy zbliży się front. Cóż, byłem w Pillau kiedy Królewiec bronił się przed Armią Czerwoną, widziałem jak na dłoni bombardowanie Królewca przez angielskie samoloty, ale nie słyszałem, żeby w walkach brali udział jacyś cywile. Jeszcze o tym opowiem, ale trochę później. Byłem potem parę razy w Królewcu, ale z Władkiem już się nie widziałem.
      
Wpłynęliśmy w lewą odnogę Pregoły, którą dotarliśmy do jakichś zakładów wojskowych. Na ten teren przywoziliśmy cegłę, a rozładu nek był wykonany przez żołnierzy niemieckich.

Kartofle dla więźniów Stutthofu


Do tego osławionego miejsca mieliśmy jeden ładunek - cegły, pod czas gdy moi koledzy przypływali tu więcej razy. Koło Kątów Rybackich wpłynęliśmy w jakąś rzeczkę [Jest to zapewne Wisła Królewiecka (odgałęzienie Szkarpawy)], wiatr mieliśmy prosto w oczy, o  żadnym halsowaniu [Metoda poruszania się jednostką pływającą o napędzie żaglowym, w ogólnie pojętym kierunku, z którego wieje wiatr. Ponieważ nie ma możliwości, aby żeglować wprost na wiatr, stosuje się manewr zwany halsowaniem. Polega on na płynięciu zakosami – raz lewym, a raz prawym halsem, wykonując wielokrotne zwroty.(Wikipedia)] nie mogło być mowy - rzeka była zbyt wąska. Rzuciliśmy kotwicę.

      - Na Alfryd! Teraz musisz ciągnąć!
Nie rozumiałem. Pokazał mi szelki, które wiązał do linki. Popuścił linkę i kazał mi się rozebrać do spodenek. Zrozumiałem, że on chce, żebym ciągnął łajbę. Ale czy dam radę? Przypomniało mi się powiedzonko „pracuje jak burłak na Wołdze”.

       

Rzeka była prawie stojąca. Pochyliłem się, naprężając linę, postąpiłam krok naprzód - poszło. Krok za krokiem ciągnąłem łajbę naprzód, czasami drzewa nad wodą były zbyt wysokie, wówczas schodziłem do wody i brodząc w mule, ciągnąłem łajbę dalej. Zdarzało się, że zmuszony byłem płynąć, wtedy szyper rzucał kotwicę albo brał duży drąg, którym próbował pchać łajbę do przodu. W końcu zmęczony stanąłem i uwiązałem linę za stojące drzewo.

      - Gut, możesz odpocząć!- powiedział szyper.
Położyłem się w cieniu drzewa, lecz muchy i komary rychło mnie podniosły. Popłynąłem na łajbę, tam z beczki wlałem sobie trochę wody.
      - Fe, ciepła... Ale zawsze to woda!
Połknąłem parę łyków i wszedłem do kajuty. Już po chwili usłyszałem jak  "i zwykłe:
      - Alfred! Komm nach oben!
Znów musiałem ciągnąć, aż do wieczora. Po skromnej kolacji położyłem się na koi, wykąpawszy się przedtem w rzece.
      - Alfryd, aufstehen!
Myślałem, że to sen. Nie, to szyper stał nad wejściem i wydzierał się na całe gardło.
      - Mensch, schliefst Du?
A ja myślałem, że się dopiero co położyłem... Wyszedłem na pokład. Słońce zaczęło wschodzić, toć to jeszcze noc!
      
Pierwsza moja praca to pompowanie wody. Już od dwóch dni niepompowałem, a przecież był to mój obowiązek, szyper tej pracy nie wykonywał. Potem szykowałem się już do zejścia w wodę, kiedy pojawiły się pierwsze powiewy wschodniego wiatru. Spojrzałem na szypra, ten rozglądał się wokół, a potem zarządził:
        - Fok i bezan w górę!

Podciągnęliśmy żagle i łajba ruszyła do przodu.
       - No, masz szczęście. Przy tej sile wiatru potrzebujemy dwóch godzin może trochę więcej - powiedział szyper.
       

Nie orientowałem  się, gdzie ten Stutthof leży. Bałem się, bo miał złą opinię, ale też chciałem go zobaczyć.

      
Przybiliśmy do brzegu - nie było tam żadnych budynków - puste pola. Ale szyper stwierdził, że to jest Stutthof, tylko że obóz i wieś leżą koło drogi. Po zacumowaniu na palikach i rzuceniu kotwic (dużej z przodu  i małej na rufie) szyper przebrał się i poszedł wydeptaną ścieżką. Ja natomiast, zgodnie z poleceniem, zmyłem pokład i przykryłem żagle plandekami. Następnie ugotowałem wodę i zalałem kawę. Dwie kromki chleba leżały na stole, a obok na talerzu dwa marynowane śledzie. Zjadłem  skromne śniadanie i poszedłem na pokład. Tuman kurzu na drodze powiedział mi, że idą jacyś ludzie. To maszerowali więźniowie ze Stutthofu. Z przodu szedł mój szyper, jeszcze z kimś - to był wachman.
      
Rozładunek rozpoczął się prawie natychmiast, gdy zdjęliśmy luki. Mężczyźni pozdejmowali pasiaki i w samych spodenkach lub w krótkich kalesonach wyrzucali cegłę, podając ją z rąk do rąk. Ja krzątałem się koło obiadu, kiedy jeden z wachmanów zawołał mnie na górę.
      - Podciągnij cumy powiedział - bo Schiff poszedł w górę i trapy się rozchodzą.
      - Tak, zaraz to zrobię.

Podciągnąłem cumy z przodu i na rufie. Mój akcent widocznie nie był czysty, bo kiedy zszedłem do kuchni, ktoś zapukał do drzwi od strony ładowni. Otworzyłem drzwi i ujrzałem  jednego z robotników, który spytał:

       - Nie jesteś Niemcem, prawda?
       - Jestem Polakiem.
       - Polak? Słuchaj, pomóż nam, ugotuj nam parę ziemniaków, proszę!

Poszedł. Przez chwilę stałem oszołomiony. Ugotować trochę ziemniaków! Od razu się zdecydowałem.

Poszedłem do szypra. Ten, kiedy usłyszał, o co chodzi, powiedział:

      - Bist du verrückt Mensch?
      - Nie - odpowiedziałem.- Nie, oni są głodni. Daj parę ziemniaów.
      - Chcesz, żeby ciebie też zamknęli w obozie?
Stary miał stracha, ale ja nie ustępowałem.

       - Jeśli dasz ziemniaki, pójdę i spytam wachmana, czy zezwoli.

      - Geh! Geh!
Poszedłem do trupiej czaszki i spytałem, czy mogę ugotować parę ziemniaków dla tych ludzi.
      - Dlaczego?- spytał.

       - Bo, bo na pewno są głodni i jest już obiad.
       - A ty kto jesteś? Nie jesteś Niemcem, prawda?
       - Nie jestem Niemcem, jestem Polakiem.
       - A gdzie masz swoje "P"?

      - Na Schiffie nie wolno mi nosić "P", mogę założyć dopiero wtedy, kiedy wychodzę na ląd. Tak polecił mi szyper.
      - Dobrze, a skąd ty jesteś z Polski?
      - Z Bugmünde, Kreis Plonsk - powiedziałem.- To jest 30 kilometrów od Warszawy.
      - A gdzie przedtem pracowałeś?
      - U ojca na Schiffie powiedziałem.- W firmie „Johannes Ick Weichsel Schifffahrt in Plock”

     - Gut, gut. A masz dużo ziemniaków, przecież sam będziesz głodny? A co szyper powiedział?
    -Już byłem u niego, ale on się bał i nie chciał o tym słyszeć. Ale jeśli wy pozwolicie, to on da ziemniaków.
        - A ty się nie boisz?

      - Dlaczego mam się bać, jeśli wy pozwolicie, to wszystko w porządku.
      - Gut, możesz im ugotować trochę ziemniaków.

       - Dziękuję odpowiedziałem. - Już się biorę do obierania.
       -
Bist Du verrückt! W obierkach gotuj!

Nastawiłem dwa duże garnki i wstawiłem na kuchnię, podkładając suchym drewnem. Zza drzwi ktoś szepnął:
        -
Daj! Daj! Już!
Nie mogłem dogotować ziemniaków do końca. Wachman powiedział:

       - No dobrze, daj im te ziemniaki.

Odlałem wodę i wystawiłem garnki do ładowni, ale nikt się na nie obejrzał. Dopiero kiedy wachman zrobił przerwę na posiłek, przerwali pracę i usiedli. Brali jeszcze gorące ziemniaki do ręki, pięścią kruszyli na dłoni i po malutku, nie spiesząc się, jedli z obierkami. Ziemniaki brali po kolei, a kiedy który był większy, dzielili na dwie, a nawet więcej części.
       

Rozpłakałem się, nie wytrzymałem widoku głodnych ludzi; ich wynędzniałe twarze i chude postacie mówiły same za siebie - tak, to z głodu. A ja myślałem, że ja głoduję! Kudy im do mnie, toć ja żyję w dostatku...
Po posiłku Niemiec zarządził:

       - No, a teraz myślę, że będziecie lepiej pracować!

Późno po południu zostaliśmy wyładowani. Komando odeszło, a ja miałem pełne ręce roboty. Najpierw zamiotłem ładownię, potem ułożyliśmy luki, a na koniec zmyłem pokład z ceglanego kurzu.


Rybacy toną, szyper nie pomaga...

Podnieśliśmy foka i bezan - znów mieliśmy wiatr, ale boczny. Stałem na przedzie i długim bosakiem odpychałem Schiff od lądu. Wiatr wzmagał się, był coraz silniejszy. Przed zmierzchem wpłynęliśmy na zatokę, ale tu musieliśmy już refować żagle. To był sztorm, fale były bardzo wysokie, przelewały się przez pokład.
Naraz usłyszeliśmy niosący sie z wiatrem krzyk:
      - Hilfe! Hilfe!
      - Ktoś woła pomocy!- krzyknąłem.
      - Czyś ty zwariował, w taką porę? Tu są mielizny, możemy się rozbić.

       - Ale tam są ludzie, którzy oczekują pomocy!

      - Zamknij się, bo i ty zaraz będziesz wołał pomocy.
      - O bydlę, bydlę! Czekaj, ty świnio! - krzyknąłem po polsku.
Cóż, tylko tyle mogłem. On decydował o życiu i śmierci, on był tu panem.

      

Do Tolkmicka wpłynąłem późno w nocy. Szyper zaraz poszedł do domu. Przed odejściem powiedział mi:

       - Zamknij pysk, rozumiesz? I ani słowa o tym, co słyszałeś!

Na drugi dzień koło południa dowiedziałem się, że w czasie sztormu utonęło kilku rybaków.
       

Przez parę dni Wulf patrzył na mnie podejrzliwie. Ale co ja miałem robić, po czasie nikt by mi nie uwierzył. Gdybym powiedział wszystko na policji jeszcze tej nocy, to może by mi uwierzyli, a teraz muszę milczeć. Rozmawiałem na ten temat z chłopcami, którzy pracowali w miasteczku: każdy z nich radził mi, żebym siedział cicho.
       - Możesz sobie tylko narobić biedy! - przestrzegali.
To wszystko utwierdziło mnie w przekonaniu, że mój szyper jest złym człowiekiem. Dlaczego on nie idzie do wojska? Życzyłem mu tego z całego serca. Niech posmakuje, jak to dobrze, kiedy będzie musiał słuchać innych, a nie udawać ważniaka przede mną. Poszedł w końcu do wojska, ale o tym opowiem dalej. Długo jeszcze musiałem na to czekać.


Żwirownia koło Tolkmicka

Żwir woziliśmy po całym Zalewie Wiślanym. Początkowo kopałem go w żwirowni koło Tolkmicka. To była gehenna: dół głęboki na trzy piętra i żadnego powiewu wiatru, słońce w południe pali niemiłosiernie, brak powietrza, nie ma czym oddychać. Kilofem kopaliśmy ścianę żwirową, a następnie szuflami ładowaliśmy we dwóch na wóz. Dwóch, to jest "kuczer" czyli wozak i ja. Tyle tylko, że wozak się zmieniał, bo woziły trzy wozy, a ja ciągle byłem sam. Któregoś dnia nie wytrzymałem, padłem nieprzytomny, a krew pociekła mi z nosa. Krztusiłem się i plułem krwią, w oczach mi pociemniało - straciłem przytomność.

       

Kiedy otworzyłem oczy, oblewano mi twarz wodą i masowano serce, kilku ludzi nachylało się nade mną. Wozak wsadził mnie na wóz i zawiózł do portu. Szyper kazał mi iść do domu, akurat przyszła jego starsza córka Waltraud. Siedziałem na lukach, ciągle jeszcze nie w formie. Szumiało mi w głowie, bałem się okropnie, byłem jak pijany.
       

Dziewczynka pobiegła do apteki, skąd przyniosła jakieś kropelki i pigułki; wziąłem je, popijając wodą. Waltraud wzięła mnie za rękę i poszliśmy do domu, była pora obiadowa. Po południu już nie pracowałem w żwirowni. W zasadzie to mieliśmy cały ładunek, ale Wulf pojechał do żwirowni z jednym wozakiem, by jeszcze ze dwa wozy przywieźć. Po południu przyszło kilku moich kolegów, ci nie dali mi pracować, a sami wzięli się do pracy. Ładowali taczki i wysypywali do ładowni. Inni byli w ładowni i równo rozgarniali żwir po całej jednostce.  |
     - Ten to miał łeb - pomyślałem o szyprze - on wiedział, że przyjdą koledzy i mi pomogą. Kiedy przyjechał ostatnim wozem, widziałem jego zadowoloną minę:
        - Tak, tak, Alfryd! Du hast gute Kollegen!
Przyszli też i inni szyprowie, a szyper Heńka, który obecnie pływał z żoną, bo nie dali mu innego robotnika, poczęstował mnie ciastem.
       - Słuchaj, Alfryd, czy ty musisz tu pracować? A może byś wolał u mnie- co? I łajba jest mniejsza, i praca byłaby lżejsza. Ja się nie chcę dorabiać - tłumaczył - ja chcę tylko żyć. Widzisz, jak mi się ręce trzęsą. To ze żwirowni, tam mnie przysypało i gdyby nie koledzy, to bym już gryzł ziemię. No jak, zdecyduj się!
       - Co mam się decydować? Pójdę, tylko spróbuj to załatwić. Ale nie wiem, czy ci się uda.

      - Wiem, on jest partyjny. Ale spróbuję. Przyjdź wieczorem do mnie na Schiff. Dobrze?
Kiedy przyszedłem, jego miła i ładna żona zrobiła dla mnie parę kanapek z kiełbasą.
      - I co, zgodzisz się?
      - Ja się zgodziłem, dlatego tu przyszedłem.

Szyper klepnął mnie lekko po ramieniu:
       - Bądź dobrej myśli.
Ale nie udało się, Wulf miał lepsze plecy. Wtedy żałowałem, że go nie oskarżyłem o zabójstwo tych rybaków. Miałem chęć opowiedze o tym temu szyprowi, ale coś mnie wstrzymywało; nie byłem pewien, co może z tego wyjść.
       

Jeszcze raz ktoś starał się potem, żebym u niego pracował. Opowiem o tym w swoim miejscu.

       

Woziliśmy jeszcze żwir, ale z Tolkmicka już nigdy. Przerzuciliśmy się na żwir z koparek, nazywany żwirem z dna zatoki. Było przez to więcej pracy przy pompach. Żwir braliśmy z drugiej strony Zalewu -vis a vis ujścia do Bałtyku i portu Pillau. Nie zawsze braliśmy sam żwir, ale co drugi lub trzeci ładunek; przeważnie woziliśmy do Pillau cegłę. Tak nadszedł koniec sezonu.



Z cegłami do Elbląga


Nazajutrz rano popłynęliśmy do Suchacza, tam załadowaliśmy cegłę i popłynęliśmy z nią do Elbląga. Do pierwszej latarni, to jest wejścia do kanału szło nam nieźle, pomimo wiatru, wiejącego w twarz. Kiedy jednak wpłynęliśmy w rzekę Elbląg, zaczęły się trudności. Ja byłem na dziobie, gdzie miałem przygotowane dwie duże tyczki, po jednej z każdej strony burty. To do odpychania, w razie gdyby łajba szła na brzeg, nie słuchając steru. Obsługiwałem też żagiel fok, przy poleceniu "dreh" ściągałem na przeciwną stronę, żeby złapał wiatr kiedy musieliśmy wykonać skręt. Halsowanie żaglówką nastręcza sporo trudności, zwłaszcza w tak wąskiej rzece. A cóż dopiero łajbą, która ma zanurzenie ok. 3 - 3,5 m i 50 m długości! Pozytywną stroną było natomiast to, że łajba nasza posiadała po obu stronach płetwy, które przy halsowaniu bardzo nam pomagały. Nie była to łatwa praca, szarpałem się z fokiem przy każdym halsie. Do tego dochodziło jeszcze gderliwe dogadywanie szypra, który jak zwykle nie był zachwycony, kiedy mu coś przeszkadzało. Chętnie pospałby sobie w betach, niechby tylko "ten przeklęty Polak" zrobił wszystko sam... Często musieliśmy dać drogę jednostkom motorowym, które nie zważały na nasze trudności i przechodziły koło naszej burty, czasami pełną parą. Wówczas mój garbus pozwalał sobie, ile wlazło: dawał każdemu, który to robił, soczystą "wiązankę" plus pukanie się w czoło albo dla odmiany wypinanie tyłka, jeśli na rzucane obelgi ktoś odpowiedział. Dopłynęliśmy do pierwszego podnoszonego mostu przy przystani żeglugi rzecznej. Po sforsowaniu mostu podpłynęliśmy do prawej strony nadbrzeża, gdzie ujrzeliśmy parę sztapli cegły. Było trochę trudności, nim łajba doszła do pomostu, niektóre jednostki musiały zmienić ocumowanie.
      
Po południu miałem wolne, gdyż odbiorca nie zapewnił nam ludzi do rozładunku. Pomimo, że Wulf podskakiwał, nic z tego nie wyszło. Oczywiście ja musiałem zostać na Schifie, a on podreptał do miasta. Myślałem, że zaraz się zjawi, a tymczasem okazało się, że złapał pociąg do Tolkmicka i zobaczyłem go dopiero na drugi dzień rano. W górnej kajucie szypra znalazłem na stole dwie kromki chleba i trochę margaryny, a na talerzyku dwa marynowane śledzie. Tych śledzi to miałem już naprawdę dość. Rano śledzie, wieczorem śledzie i kartoflanka, okazało się, że i na kolację to samo.

       

Po skromnym posiłku wrzuciłem parę kartofli w popiół kuchenki; paliliśmy wówczas samym drewnem. Kiedy stwierdziłem, że ziemniaki są już  dobre, uzupełniłem swoją kolację.
     

Po przeciwnej stronie rzeki Elbląg była przystań, która po bliższym przyjrzeniu się, okazała się kąpieliskiem dla młodzieży. Woda przepływała przez luki w denkach, ale tam kąpali się ci, którzy nie umieli pływać albo byli szczególnie ostrożni. Starsi chłopcy wskakiwali do wody z barek lub ze statków, bo całe wybrzeże było nimi gęsto obłożone. O wyjściu na miasto nie było mowy, bo teren był zamknięty i strzeżony, a ponadto nie miałem żadnych dokumentów.

     
Rano, jeszcze zanim przyjechał Wulf, z pobliskiego lagru „Wansau" [Zawodzie - przyp. W.K.] przyszły grupy Polaków do rozładunku. Z ich pomocą zdjąłem luki i ustawiłem ludzi na trapach. Zaleciłem rozładowywanie w ten sposób,  żeby równomiernie brać ze wszystkich sztapli. Ułatwi im toj rozładowywanie i nie będzie przechyłu łajby.
      - Ty tu jesteś kapitanem? - pytali chłopcy.

       - Ależ nie, ja jestem tu bosmanem, a mój szyper garbus tylko patrzeć, jak przyjdzie.

Kiedy im powiedziałem, że też byłem w "Wansau", to nie chcieli uwierzyć, że dostałem się na łajbę.
      - Jeśli który z was jest marynarzem, zna się na wodzie i umie pływać łodzią, to pracę na takiej łajbie ma zapewnioną -  powiedziałem.

Zainteresowanych skierowałem do portu w Tolkmicku. Nie wiem, może ktoś z nich się tam zatrudnił. Szyprowie potrzebowali bosmanów, a chłopcy chcieli się wyrwać z lagru, który nie był sielanką.
W przerwie śniadaniowej przyjechał Wulf, był w dobrym humorze.
      - Ja, ja, Alfryd, sehr gut!
Na śniadanie dostałem do chleba "Blutwurst" [kaszanka, czarna kiełbasa] ale i tak mi smakowało;  wszystko było lepsze od tych przeklętych śledzi. Po południu łajba była opróżniona. Zmyłem tylko pokład i przy podniesionym foku płynęliśmy z powrotem do Suchacza. Jeszcze przed zachodem słońca przycumowaliśmy do tej samej cegielni. Na drugi dzień mieliśmy już molo zapełnione wózkami z cegłą i rozpoczęła się harówka.
      
Nastały dni deszczowe, zbliżała się jesień. Coraz częściej wiały silne wiatry, przemieniające się w sztormy. Praca żaglami była coraz bardziej męcząca. Namokłe płótna żaglowe były bardzo ciężkie i trzeba było większej siły, żeby im podołać. Nasze żagle były z płótna bawełnianego, bardzo grubo tkane. Niektórzy chłopcy, mający jak ja problemy z odzieżą, poszyli sobie z tego płótna spodnie. Kiedy były suche, można było w nich chodzić jako tako, ale kiedy namokły, chodzenie było niemożliwe. Postawione na nogawkach stały same, płótno było jak z żelaza. Zdarzało się jednak, że i to żelazo pękało.



[...] Któregoś dnia wieczorem szyper oznajmił mi, że nie jest w stanie zatrzymać mnie na zimę i nazajutrz pojedziemy do Elbląga, gdzie będę pracował w firmie " Artur Sprich".
      
Tak skończył się dla mnie pierwszy rok żeglowania po Frische Haff, czyli Zalewie Wiślanym.

Tolkmicko: awantura o mnie


To była naprawdę harówka: całe godziny leżałem na plecach pod dnem barki i trójkątną skrobaczką oczyszczałem dno raz przy razie. Stary lepik odpryskiwał mi na twarz, wpadał za koszulę, w rękawy, do nosa i ust, a czasami i do oka. Wyciągałem się wtedy spod dna i wołałem o pomoc. Mój garbus rechotał, jakby mu to sprawiało radość. Ale byli tam i moi koledzy, którzy szybko biegli z pomocą. Pomoc nieśli też i inni szyprowie, którzy natychmiast starali się usunąć obce ciało z oka.
      - Uważaj, możesz oślepnąć! - ostrzegali.

Raz zdarzył mi się podobny wypadek jeszcze u "Spricha". Szlifowałem na polecenia majstra, ale nie założyłem okularów i nagle uderzyło mnie w oko. Pierwszej pomocy udzielił mi wówczas stary Niemiec. Włosem z głowy pociągnął po oku i zebrał okruszyny, które tam wpadły, a następnie dał mi skierowanie do lekarza, który magnesem usuwał mi pozostałe drobiny.
      
Kajuty malował Wulf, wydzierając mordę na mnie, że robię za wolno. Traf chciał, że świadkiem jego awantury był inny, stary szyper, u którego pływał starszy wiekiem Polak. Ten szyper bardzo chciał bym pływał u niego. Kiedy usłyszał wyzwiska i przekleństwa Wulfa, powiedział:

       - Wiesz, Wulf, zróbmy zamianę! Ja ci dam swojego bosmana, który jest silny, zdrowy i dobry do roboty jak koń. A ty dasz mi tego mizeraka, na którego ciągle narzekasz. Po co masz sobie zdzierać gardło, szkoda cię. No jak, chcesz? Postawię wódkę i zamiana będzie dokonana, dobrze? Już idę po flaszkę...  

      - Stój! Ja nie chcę żadnej zamiany! - zawołał mój garbus.
      - Hej! Jak to nie chcesz zamiany? - podszedł do nas  inny szyper. - Przecież ciągle drzesz mordę na tego chłopaka. On da ci chłopa, który będzie ci harował i nie będzie się odszczekiwał, jak ten.
      - Bo... Bo on nie umie! - krzyknął Wulf.
      - Dawaj rękę i zamiana będzie dokonana! - stary szyper złapał Wulfa za rękę.
      - Nie! Nie! ja nie chcę! - darł się Wulf.
Na krzyki, jakie obaj wyprawiali, zjawiło się jeszcze kilku szyprów. Słysząc, o co chodzi, zaczęli wtrącać swoje uwagi i namawiać na zamianę. Przyszedł i szyper Heńka, który pływał z żoną, bo już mu nie dali bosmana. Ten był zdecydowany.
      - Zapłacę, ile chcesz! Chcesz tysiąc marek? Dam!  
Inni  patrzyli na niego jak na zbzikowanego.
      - Co?  Tysiąc marek?
      - Dam! I jeszcze więcej dam!
Zrobił się harmider, wszyscy wrzeszczeli. Wulf złapał mnie za rękę ciągnął do domu:

       - Chodź, już obiad, chodź!

      - Dogadaj się! Po co masz ciągle na mnie krzyczeć, że ciągle nie robię tak,  jak trzeba?  Za pięć marek, które mi dajesz na miesiąc, nie widzę nigdy ani mięsa, ani ciasta, a inni moi koledzy mają wszystko. Ja dostaję od ciebie do palenia pocięte korzenie tabaki, a inni palą fajnsznyt i dobre papierosy - powiedziałem. - Nie widzę u ciebie mięsa, tylko przez cały rok jem dorsze i śledzie albo śledzie i flądry. Dwa kawałki chleba z melasą i marmoladą na śniadanie, a na kolację smażone kartofle i czarna kawa. Wiedz, że mój ojciec i moi bracia też są szyprami i bosmanami; ludzie, którzy u nas pracowali na barkach, zawsze jedli to samo, co my. U nas pies czy kot jadłby lepiej, niż ja teraz!
      - Na, Wulf! Co na to powiesz? - pytali zewsząd szyprowie.
      - Nic! Komm, Alfred! - powiedział Wulf i pociągnął mnie do domu.
       
W domu nastał istny sądny dzień. Rose, żona Wulfa, po usłyszeniu sprawozdania z zajścia, wywróciła swoje krowie oczy i z przejęciem spytała:
      - Alfryd? Co ty chcesz odejść? Tak, brakuje żywności, ale przecież jest wojna i wszyscy mają mało! Wiem, że Józef jest nerwowy i często nie ma racji, a się drze. Ty myślisz, że inni są lepsi, bo ich nie znasz!
Podeszły do mnie też ich córki, starsza Waltraud i młodsza Anna.
      - Zostań, Alfryd! Zostań! - powiedziała Waltraud, kładąc mi rękę na ramieniu.
      - Dlaczego nic nie mówisz? - spytała żona Wulfa.- Powiedz, chcesz zostać czy odejść?
  - Czy ja mam tu coś do gadania? Nie przyjechałem tu z własnej woli - gdybym uciekł, moi rodzice poszliby do więzienia,  tak powiedzieli mi żandarmi w pośrednictwie pracy. Wiem, że jestem niewolnikiem i wy decydujecie teraz o mnie, więc róbcie, jak chcecie. Czy myślicie, że ja od "Spricha" nie próbowałem jechać do domu? Tak próbowałem, dostałem nawet trzy dni urlopu. Ale brak dokumentów sprawił, że mnie zawrócono, bo moje dokumenty macie wy. Muszę tu zostać, chcę, czy nie chcę.

Patrzyli na mnie wielkimi oczami.
      - Gut, sehr gut! - krzyknął Wulf. - Niech spróbują, a ty chcesz zostać.
I stało się, pracowałem u niego dalej.
      
Po prawie trzech tygodniach łajba była gotowa: odnowiona, świeża, pachnąca farbą i smołą. W Kadynach wzięliśmy cegłę i w pierwszy rejs popłynęliśmy do Pillau, a następnie do Królewca. Kiedy łapaliśmy "Bajdewind", nasza łajba "Herkules" szła jak na skrzydłach, ślizgała się po falach jak ryba. No tak, przecież całe kosze muszli i porostów musiałem przedtem zeskrobać własnymi rękami! Zadowolony Wull od czasu do czasu przynosił mi paczkę fajnsznytu, nabijałem wówczas fajkę i z przyjemnością zaciągałem się dobrym tytoniem. Między  nami zarysowała się lekka zmiana, jego agresywność zmalała. Może wpłynęły na to ostrzeżenia ze strony innych szyprów? Najprędzej jednak wpłynął na to zbliżający się front wschodni, na którym panowie świata ciągle się cofali "zajmując dogodne miejsca oporu".





[...]
Zaroiło się od różnego rodzaju łodzi, które płynęły [z Pilawy] na drugi brzej Zalewu, skąd zabierały oddziały Wehrmachtu i olbrzymie ilości cywilnych uciekinierów. Podchodząc do brzegu, barki stawały na głębokiej wodzie, żeby nie osiąść na mieliźnie. Ludzie, chcąc dostać się na te jednostki, brodzili po pas w wodzie. Dzieci przenoszono na rękach, a odbierali je ludzie, będący już na barkach. Część ludzi była przewożona małymi łodziami, część holownikami. Uciekinierzy stwarzali tam dużo zamętu, utrudniając załodze pracę. Zdarzył się wypadek, że ktoś dostał się w splot rozwijającej się liny i stracił życie.
   
Tak trwało przez parę dni i nocy. Aż nagle powracające z ładunkiem barki zostały ostrzelane. Widzieliśmy fontanny wody wokół płynących jednostek. To dochodzące oddziały Rosjan ostrzeliwali przybrzeżne wody zatoki. Zdarzało się, że pocisk trafił w holownik albo w zatłoczoną barkę. Jednostka, lekko uszkodzona, płynęła dalej.  Gorzej, jeśli pocisk trafił w holowaną barkę. Barka nabierała wody i ci, którzy nie zginęli od pocisku, tonęli. Statek puszczał hol i starał się zbierać tych, którzy utrzymywali się na powierzchni i podpływali do burt. Niektórzy czepiali się rozpaczliwie tonącego wraku; jeśli barka była drewniana, mieli jakieś szanse na to, że zdejmą ich z wody mniejsze jednostki pływające. Większość szła jednak na dno.
      - To był straszny widok - opowiadali Polacy, pracujący na holownikach. Trzeba bowiem powiedzieć, że na tych holownikach pływali przeważnie sami Polacy.
      
Początkowo pociski padały na wody przybrzeżne, więc jednostki, które były już na środku Zalewu, bezpiecznie dopływały do portu. Ale później pociski padały już dalej, donosiły nawet do portu i miasta Pillau. Cofające się oddziały Wehrmachtu nie mogły powstrzymać nacierających wojsk przeciwnika, upojonych zwycięstwem, a jeszcze bardziej alkoholem.
      
Po kolejnych paru dniach wszystko ucichło. Uciekający pozostawili nad wodą swoje bagaże i resztki swego mienia, ratując życie. Nad brzegiem Zalewu pozostała zrozpaczona grupka ludności cywilnej i resztki wojska, które powstrzymywało przeciwnika.  Znów nastały monotonne dni, przeplatane nalotami bombowców angielskich i rzadkim ostrzałem dalekonośnych dział Rosjan. Zbliżał się nieuchronny koniec potęgi "panów świata". Stalowy pierścień wokół "Festung Pillau" zaciskał się coraz mocniej.

[...] Wtedy kapitan zwrócił się do mnie:
       - A ty co powiesz?
Wyjaśniłem, że jestem marynarzem z statku żaglowego "Herkules" z ładunkiem paliwa okrętowego. W czasie bombardowania odłamki bomby, która spadła do wody, podziurawiły dno i statek nabiera wody. Straż pożarna z fabryki rybnej została powiadomiona przez rybaka, co robić dalej?
       - Dobrze. A gdzie twój szyper? Dlaczego go tu nie ma?
      - Szyper Wulf poszedł [przez zamarznięty Zalew – przyp. W.K.] w końcu grudnia do Tolkmicka po swoją rodzinę i już nie wrócił [Przypis (50): Na stronie internetowej byłych mieszkańców Tolkmicka "Tolkemit-Online Gästebuch" znajduje się adnotacja sporządzona przez syna Józefa Wulfa: Otto Wulf z Tolkmicka, Prusy Zachodnie napisał 5 grudnia 2009 roku o godz.18:25; Chciałem poinformować, że mój statek MS. Frisches Haff (MS Zalew Wiślany), port macierzysty Oldenburg, z powodu wieku sprzedałem. Urodziłem się w 1941 r. w Tolkmicku i razem z ojcem J.Wulf i jego żoną Różą, z domu Gurk, osiedliśmy w Oldenburgu. Razem z nim trudniliśmy się żeglugą pasażerską. Mój ojciec był właścicielem w Tolkmicku pięknego statku "Herkules", który w 1945 w Piławie został zbombardowany przez rosyjskie samoloty i zatonął. Nie wiem, czy jest dzisiaj jakikolwiek statek który przypomina strony ojczyste. Szkoda. Świadków z tamtego czasu jest coraz mniej.

Rodzina Otto Wulf, Oldenburg/Oldenburg. W rzeczywistości uszkodzonego "Herkulesa" wyciągnięto na mieliznę niedaleko fabryki rybnej w Pilawie]. Zagroził mi, że jeśli zgłoszę jego zniknięcie, to się ze mną porachuje, jak wróci. Dlatego bałem się i milczałem.

      - Jesteś Polakiem?
      - Tak. Pomaga mi drugi Polak [Władek– przyp. W.K.]- przygarnąłem go z Peyse, z tamtejszej elektrowni, kiedy ich wysiedlono.
      - Rozumiem. A teraz posłuchaj...

W dniu 1 maja 1945 roku Alfred Jan Paruszewski powrócił do domu rodzinnego w Nowym Dworze Mazowieckim.
Dwa lata później zamieszkał w Elblągu. W 2011 roku jego wspomnienia pt. „Niewolnik pod żaglami”, pod redakcją Marzenny Brackiej-Kondrackiej, zostały opublikowane przez elbląskie Wydawnictwo URAN.

Alfred Jan Paruszewski, Niewolnik pod żaglami. Wspomnienia z pracy przymusowej na Zalewie Wiślanym (Tolkmicko,Elbląg,Pilawa,Królewiec) marzec 1943-kwiecień 1943, Wydawnictwo"Uran", Elbląg 2011, s.78-171, [grafika].
Powrót
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego