Strój i zwyczaje ludowe - Historia Wysoczyzny Elbląskiej

Przejdź do treści
TEMATY RÓŻNE


ogatym źródłem wiedzy o Wysoczyźnie Elbląskiej jest Die Geschichte des Landkreises Elbing, książka E.G.Kerstana, wydana w Elblągu w 1925 roku, poświęcona historii powiatu wiejskiego Elbląga, która jest chyba najczęściej dziś cytowanym źródłem. Znajdziemy w niej - obok wielu - informacje o folklorze XIX wiecznych mieszkańców tej ziemi. Tak więc są tu opisy  strojów i zwyczajów ludowych, które wbrew pozorom nie były jednolite na całym obszarze Wysoczyzny. Było to zależne od sąsiedztwa z innymi regionami, skupiskami etnicznymi oraz religijnymi. Przykładowo sąsiedztwo z Żuławami, gdzie duży wpływ miał etnos holenderski, czy w byłym starostwie tolkmickim graniczącym z Warmią, gdzie przeważała ludność wyznania katolickiego.




Według Kerstana strój ludowy na XIX wiecznej Wysoczyźnie Elbląskiej wyglądał tak:

"Mężczyźni mają długą, niebieską świąteczną sukmanę, bez kołnierza, z krótką talią i dużymi  Przed gośćmi gospodarz ukazuje się w swoim kaftanie pokrytym kolorowym perkalem, na którym ma kamizelkę, z podszewką z sukna – tzw. „pełną kamizelkę”. Chłopcy i młodzi ludzie taki kaftan i sukienną kamizelkę zwykle noszą w niedzielę i idą tak również do kościoła. W zimie aż do lata bogacze noszą długie, białe futro, w ostatnich czasach zwykle pokryte tkaniną, w zielonym lub innym ciemnym kolorze, dalej futrzaną czapkę o szczególnym kształcie - dawniej miała ona denko z sukna i obwódkę z futra, które wystawało poza denko i po obu stronach zbiegało się w szpic, z tyłu jednak niższy niż z przodu.

Ubiór świąteczny kobiet składał się z czarnej spódnicy, która na dole była obszyta szerokim, czarnym jedwabnym pasem, w czarnej kurtki z wypchanymi ramionami i splotkami, które z przodu były spięte guzikami i zawierały końce chusty założonej wokół szyi, i z białego, dużego fartucha, z białych pończoch i skórzanych butów albo pantofli. Włosy były gładkie zaczesane do tyłu i skręcone z tyłu głowy.

W dni robocze kobiety nosiły spódnice w kolorowe pasy, obszywane kolorowym albo jednokolorowym jedwabnym pasem, ciemnoniebieskie kurtki spinane błyszczącymi guzikami, obszywane na niebiesko i biało fartuchy, oraz drewniane pantofle. Lubiły zakładać kilka spódnic jedna na drugą aby uwydatnić talię."

      


trój ludowy na Wysoczyźnie Elbląskiej stopniowo zaginął  w ciągu XIX wieku. Interesowała się nim cesarzowa Augusta Wiktoria, dla której, w czasie jej pobytu w Kadynach w 1905 roku, wystąpiło kilka par tanecznych z Pomorskiej Wsi (Pomehrendorf) w strojach ludowych.





a podstawie dwóch ilustracji [zobacz obok] ze zbiorów Muzeum „Prussia” w Królewcu, pochodzących z połowy XIX wieku, Hans Bauer dokonał analizy na lamach „Elbinger Jahrbuch” 1938/nr 15.


Pierwsza ilustracja przedstawia mężczyznę i kobietę w drodze do kościoła. Odświętny strój mężczyzny stanowi jednorzędowa sukmana, zapinana wysoko z rozciętym tyłem na wysokości talii. Uszyta jest zgodnie z ówczesnymi trendami - męski ubiór pozbawiony zbytku. Przypomina długi płaszcz używany wówczas przez mieszczan (obojga płci), który zakładano do jazdy konnej. W stroju tym dominuje czerń *[1], a jedynymi elementami "zbytku" są zielone rękawiczki i mosiężne - imitujące złoto - guziki. Z czasem surdut ten uległ niewielkim zmianom jak np: krótszy gorset i talia, szerszy kołnierz, a czarny kolor został zastąpiony niebieskim. Zapożyczeniem z mody mieszczańskiej był też cylinder, który upowszechnił się w latach 20. XIX w., element „obowiązkowy” stroju ludowego okolic Elbląga. Natomiast odświętny strój kobiecy jest już bardzo ozdobny, składający się z białych pończoch i takiegoż fartucha, wiązanego z przodu długimi kolorowymi wstążkami (jak w opisie Kerstan’a). Pod fartuchem kobieta nosiła fałdzistą, ciemnoniebieską  z czerwonymi i zielonymi wstawkami. Spódnica była krótsza i bardziej pękata niż spódnice noszone wówczas przez Warmianki. Kaftanik jest koloru fioletowego, posiada bufiaste rękawy i wspominane także przez Karsten’a sznurowanie (w plecionkę) z przodu, zapięte na piersi, zakrytej prawie w całości przez chustkę wiązaną na szyi.

*[1]U Kerstan'a jest to kolor niebieski.

dni powszednie chustka ta była czerwona bądź różowa, często jedwabna. Nakrycie głowy mężatki  to spiczasty czepek okalający twarz. Panny nosiły znacznie prostszy czepek. Na co dzień noszone były czepki obwiązywane podwójnie na podobieństwo turbanu wstęgą, wiązaną z przodu na kokardę. Stroje te do lat 70. XIX wieku noszono w centrum Wysoczyzny Elbląskiej, czyli w rejonie Milejewa (Trunz).  W północnej części obszaru, w kierunku Zalewu Wiślanego, w Pagórkach i Łęczu strój ludowy przypominał ten z Milejewa.


Charakterystycznym elementem stroju ludowego na Wysoczyźnie Elbląskiej, u mężczyzn był cylinder z barwną wstęgą, natomiast w stroju kobiecym chustka na piersi i nakrycie głowy zwane "Krullhaube".
      
W.Humme, autor książki o Milejewie, opisując strój ludowy na Wyżynie Elbląskiej powtarza słowo w słowo opis przytoczony przez Kerstan’a, dodając jedynie, że wśród kobiet coraz częściej spotkać można zapożyczoną z miasta modną krótką fryzurę, tzw. „Bubikopf”. Zauważa również, że mieszkańcy Milejewa, w odróżnieniu od Żuławiaków, lubiących zbytek, cenią sobie prostotę i skromność.

Na Żuławach z racji pochodzenia dużej części mieszkańców,  strój ludowy posiadał elementy holenderskie. Istniały tam też restrykcyjne przepisy dotyczące ubioru, które zakazywały używania luksusowych materiałów i ozdób, np: jedwabiu i aksamitu, który dopuszczalny był jedynie w kobiecych czepkach, zaś w ozdobach zakazane było używanie złota i pereł - dopuszczalne było srebro. Żuławiacy jednak  nie przestrzegali tych ograniczeń.           









O zwyczajach ludowych na Wysoczyźnie Elbląskiej pisał w 1925 roku Eugen G. Kerstan.
(Cytowany poniżej tekst, wg tłumaczenia Bogdana Kiebzaka, pochodzi w całości z www.elblag-moje-miasto.pl)



"Jeśli chodzi o zwyczaje weselne: zaproszenia rozwoził konno swat, który często po prostu wjeżdżał do domu  Był ozdobiony wieńcem i wstążkami. Zaproszenie było w ładnych strofach, które tworzyły weselną sentencję. Nawet w dniu wesela para młoda jeszcze szła prosić gości. Nie zaproszeni goście zbierali się za piecem kaflowym.

Gdy do udawano się na ceremonię do kościoła, druhowie i druhny jechali oddzielnym wozem, druhny zaraz za wozem pary młodej. Trzech druhów jechało konno przed orszakiem weselnym. Przy powrocie do domu, jeden pędził przed orszakiem i zbierał chleb, sól i butelki z wódką aby wręczyć je młodej parze. Początkowo jechał do granicy wsi, gdzie oczekiwał na orszak wracający z kościoła.

Jeśli chodzi o zwyczaje przy chrzcinach to należy powiedzieć: przed chrztem przy dziecku zawsze paliło się światło jako ochrona przed diabłem i złymi duchami. Zapraszano zawsze więcej niż dwóch chrzestnych, im więcej, tym lepiej. Nikt nie mógł odmówić bycia chrzestnym. Uważano, że odmowa spowoduje utratę krzesła w niebie. Chrzestni przekazywali list oraz podarunek pieniężny. Z nie ochrzczonym dzieckiem nie wolno było wychodzić z domu, ponieważ według ludowych wierzeń sprowadzało to nieszczęście.
Na Boże Narodzenie dzieci chodziły z choinką od domu do domu, ustawiały się wokół drzewka i śpiewały piosenki bożonarodzeniowe. Otrzymywały za to ciasto, orzechy i niestety także sznapsa.

Na Sylwestra przygotowywano ciasto z wody i mąki, bez soli i innych dodatków i pieczono z niego figurki jak np. rozjazdy z zaokrąglonymi narożami, które początkowo miały może oznaczać koło Julrad (tł.: starogermańska symbolika. Koło wykonane z witek i owinięte słomą po podpaleniu spuszczano z górki co miało to wygonić zimę.) albo połamany krzyż (Hakenkreuz), następnie kury i ogólnie obrazy zwierząt. W noworoczny poranek ludzie jedli te figury na czczo; miało to dać zdrowie i chronić przed nieszczęściem. Także zwierzęta otrzymywały je do zjedzenia. W Trzech Króli (6. stycznia) chłopcy chodzili wokół z jeźdźcem na białym koniu..

Przed Wielkanocą, w Zielony Czwartek wieczorem, w wielu domach myto stopy. Na obiad jedzono coś zielonego. W Wielki Piątek każdy zostawał w domu. Nie odwiedzano się. Jedzenie składało się wyłącznie ze śliwek i pestek. W żadnym wypadku nie jedzono mięsa. W Wielką Sobotę zachowywano się spokojnie i nie wykonywano żadnych prac w polu, nawet jeśli była korzystna pogoda. W wielkanocną Niedzielę rano, zwyczajem był Schmackostern. W południe jedzono gotowane jaja. Był to jedyny dzień w roku, kiedy służba u chłopów mogła jeść tyle jaj ile chciała. Były podobno przypadki, gdzie jedna osoba pochłonęła do 19 jaj. Po południu w niedzielę było ciasto na jajach. W pierwszy dzień świąt do kościoła szło państwo, w drugi dzień służba.

Wieczorem przed świętem Johannes (Jana Chrzciciela) zapalono ogień, najczęściej beczkę smoły, owiniętą drutem, aby długo się trzymała. Później mocowano je na wysokich drągach. Następnie zbierano określone gatunki kwiatów, nie rozmawiano i kładziono je pod poduszki. Co się przyśniło, miało się spełnić.

W określone dni tygodnia były tzw. dni mięsne. Nie można było w nie wyganiać bydła, inaczej według wierzeń przynosiło to nieszczęście.

Pierwsze snopki, które przynoszono w czasie żniw, układano w krzyż.

Końskie łożysko wieszano za domem, na haku. Może było to wspomnienie o starych ofiarach z konia.

Rozpowszechniony był zwyczaj przędzenia, które przechodziło z domu do domu. Tylko w czasie Bożego Narodzenia do początku stycznia, do świętych nocy, trwała przerwa. Szpule pozostawały ęte. Dziewczyna, która do przędzenia przyszła ostatnia, była przez młodzież wyszydzana. Młodzi ustawiali się przed domem, tłukli łyżkami w patelnie, aż dziewczyna zniknęła za drzwiami.

Wcześniej płótno lniane wykonane w domu sprzedawano na targu dominikańskim w Gdańsku. Nie obawiano się dalekiej podróży.

Na pogrzebach były następujące zwyczaje: kobieta, która myła i ubierała zmarłego, nie otrzymywała pieniędzy, lecz koszulę zmarłego, ciasto, chleb, mięso ze stypy. Wszyscy krewni i przyjaciele zmarłego żegnali się z nim uściśnięciem ręki i pocałunkiem. Tragarze – jeszcze dzisiaj każdy jest niesiony do grobu przez towarzyszy z własnej klasy społecznej – otrzymywali bukiet z mirty wkładany w dziurkę od guzika oraz białą chustkę do przedniej kieszeni marynarki.

W drodze powrotnej z cmentarza, gdzie zmarły został pochowany, rzucano z wozu słomę, która była podłożona pod trumnę. Słoma ta odgrywała główną rolę w historiach o strachach. Rymowany wiersz o słomie w Plattdeutsch brzmiał:  




Było przyjęte także, że miskę z wodą, którą zmarły był myty, podstawiano pod koło wozu, przy wyjeździe z domu. Miska była zgniatana przez koło."


Na podstawie:E.G.Kerstan,"Die Geschichte des Landkreises Elbing", Elbing 1925.

Elbląskie Mateczki Adwentowe (Adventmütterchen)
      

tary i unikalny elbląski zwyczaj, czyli kwestujące "Mateczki Adwentowe", znany był niegdyś daleko poza granicami miasta. Wywodził się z czasów (ok. 1630), gdy w Elblągu pod patronatem władz miejskich funkcjonował szpital tzw. Pestbude (Dom Zarazy), który był miejscem odosobnienia dla ludzi ubogich i zakaźnie chorych. Corocznie, przed świętami Bożego Narodzenia siostry szpitalne wychodziły na ulice by zbierać datki dla swoich podopiecznych, a że było to w okresie adwentu z czasem nazwano je Mateczkami Adwentowymi (Adventmütterchen) lub Kobietkami Adwentowymi (Adventsweiblein). Później praktyka ta została podjęta przez siostry miłosierdzia innych elbląskich szpitali.

Pojawiające się na początku adwentu na ulicach Elbląga Mateczki Adwentowe były zwiastunami zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Zbierały one datki pieniężne i dary dla ubogich pacjentów elbląskich szpitali, przytułków i innych instytucji dobroczynnych. Ubierały się w grube, wełniane spódnice - z powodu zimna było ich kilka, jedna na drugiej. Poza tym nosiły też duże fartuchy, białe lub czarne, czasem morągowate *[2] (buntgestreifte). Na ramiona narzucały sobie wielkie śnieżnobiałe peleryny, które były nawiązaniem do średniowiecznego zwyczaju kobiet zbierających datki na przytułki. Na głowach zaś nosiły czarne chustki zawiązane pod podbródkiem a na nich, słomkowe kapelusze z szerokim rondem. Na datki miały specjalne puszki. Były też zaopatrzone w wiklinowe koszyki, w których pod uchylną pokrywką chowane były drobne podarunki - były to zazwyczaj ciastka, owoce i przetwory jak powidła czy konfitury.
      
Z uśmiechem na twarzy chodziły Mateczki po ulicach i po domach, gdzie czekały na nie rodziny z dziećmi. Odpytywały napotkaną dziatwę z katechizmu i modlitw, a gdy otrzymywały poprawną odpowiedź, odnotowywały dziecięce życzenia odnośnie świątecznych prezentów i obiecywały, że być może zostaną spełnione - zazwyczaj wymarzony prezent znajdowany był później pod choinką. Od rodziców otrzymywały na ogół owe Mateczki  "dziesiątaka" (Dittchen = 10 fenigów) jako "opłatę drogową na życzenia idące do nieba”.

*[2]Mające ciemniejsze pasy na jaśniejszym tle; pręgowane; "zebra".    

latach 20-tych ubiegłego stulecia magistrat elbląski  nakazał zaniechanie tej formy dobroczynności. Spowodowało to falę oburzenia mieszkańców miasta i władze chcąc nie chcąc musiały cofnąć swój niefortunny zakaz . Mateczki Adwentowe – ku zadowoleniu wszystkich, pojawiły się ponownie na ulicach miasta. Niekiedy na życzenie rodziców, brały ze sobą św. Mikołaja, który dawał prezenty dzieciom ze swojej przepastnej torby. Zwyczaj ten przetrwał w Elblągu do 1945 roku, by odejść wraz z dawnymi mieszkańcami.

Od kilku lat ten piękny zwyczaj wskrzesza Elbląski Ruch Kobiet Aktywnych - Mateczki Adwentowe przeprowadzają zbiórki pieniędzy na rzecz biednych kobiet.


Źródło:
E.G.Kerstan, Die Geschichte des Landkreises Elbing, Elbing 1925, s.102-105.
Bauer Hanns, Festschrift Bruno Ehrlich zum 70. Geburtstag dargebracht, "Elbinger Jahrbuch" 1938, zeszyt 15, tablica 43,44 [Grafika]
Elbląski Wortal Historyczny [dostęp: 15.05.2012]
www.elblag-moje-miasto.pl [dostęp: 13.05.2012]

Wróć do spisu treści