Trupy ograbi i znieważy - Historia Wysoczyzny Elbląskiej

Przejdź do treści

Menu główne:

TEMATY RÓŻNE > WSPOMNIENIA





Catherine Merridale „Wojna Iwana. Armia Czerwona 1939-1945”- fragmenty.
Autorka porusza m.in. temat okrucieństw popełnionych przez żołnierzy Armii Czerwonej w Prusach Wschodnich. Na podstawie relacji weteranów (zwykłych czerwonoarmistów) próbuje wyjaśnić co było przyczyną ich brutalności.

       

[...] Przystąpiłam do pisania tej książki z założeniem, że sięgnę poza  mity w poszukiwaniu tego, co inny autor z okresu innej wojny nazwał „prawdziwymi opowieściami o wojnie". Pomysł narodził się,  gdy kończyłam poprzednią pracę, studium śmierci i żałoby na przykładzie ofiar Stalina. Rozmawiałam podczas realizacji tego projektu  z weteranami i chciałam dowiedzieć się więcej o przemilczeniach  w ich opowieściach. Pragnęłam też zgłębić dwuznaczność ich poczucia własnej wartości jako żołnierzy, gdyż poza tym, że weterani  Armii Czerwonej zawsze byli przedstawiani jako zwycięzcy i wciąż się za takich uważają, większość stała się również ofiarami najokrutniejszego reżimu współczesności. Nosili karabiny i mieli prawo  ich używać, ale dorastali w świecie, w którym obywatele żyli w cieniu arbitralnej i upokarzającej przemocy państwowej, a kiedy wojna dobiegła końca, wrócili do niego. Ich wkład, jako grupy, został uznany, ale większość z tego, o co walczyli - bardziej otwarty rząd,  na przykład, i koniec strachu - nigdy nie nadeszła. Jak na ironię, to  państwo natchnęło ich poczuciem dumy tak potężnym, iż niewielu dostrzegło, jak całkowicie ich wydziedziczyło.

[...] Łącznie wywiadów na potrzeby tej książki udzieliło około dwustu weteranów. Większość rozmawiała bezpośrednio ze mną, w cztery oczy lub w towarzystwie jednego z asystentów, którzy pomagali mi ich odnaleźć i przekonać.
      


      
[...] Naziści,  ze swoją namiętnością do przyklejania etykietek rasowych, mieli  własne poglądy na temat Słowian w mundurze. Według Goebbelsa  radzieccy żołnierze byli „czerwoną hordą", na poły azjatyckimi dzikusami, którzy zagrażali europejskiemu stylowi życia.

[...] Pomijając elementy rasistowskie, jest prawdą, że radzieccy żołnierze służyli w jednej z najbardziej ambitnych dyktatur w historii, a  większość z nich została wychowana w duchu jej zasad. W tym sensie wielu nasiąkło ideologią reżimu bardziej niż żołnierze Wehrmachtu, radziecka propaganda bowiem pracowała nad świadomością narodową już od piętnastu lat, kiedy Hitler doszedł do władzy w Berlinie. Obywatele radzieccy byli też bardziej odizolowani od  wpływów zewnętrznych i jedynie nieliczni (może z wyjątkiem weteranów z I wojny światowej) mieli okazję być za granicą. Mówili  wspólnym językiem, który przekształcono po to, żeby pokazać świat  w barwach marksizmu-leninizmu. Natomiast pogląd, że żołnierze  Armii Czerwonej byli niezróżnicowaną hordą, czy nawet potomkami jednej rasy, jest mylny.
      
Podczas wojny Rosjanie stanowili większość w radzieckich siłach  zbrojnych. Drugą co do wielkości narodowością byli Ukraińcy, lecz  w Armii Czerwonej służyli także członkowie innych grup etnicznych, od Ormian do Jakutów, jak również wielka liczba osób, które  wolały się nazywać „Sowietami", unikając tradycyjnych kategorii na  rzecz nowego typu obywatelstwa. Wśród rekrutów znajdowali się  wykwalifikowani robotnicy, młodzi ludzie, którzy zamienili obsługę maszyn przemysłowych na sztukę kierowania czołgami. Jednak,  chociaż armia uwielbiała takich poborowych, w jej szeregi trafili także chłopcy ze wsi, którzy nigdy wcześniej nie widzieli żarówki,  nie mówiąc już o silniku. Rekruci z pustyń i stepów nie widzieli  szerokich rzek, nie wspominając o pływaniu. To właśnie oni tonęli, gdy padł rozkaz pokonania krymskich bagien lub sforsowania lodowatego Dniepru.


Trupy ograbi i znieważy


Ponad trzy i pół roku od tej pierwszej czerwcowej nocy 1941 roku  zajęło Armii Czerwonej uporanie się z zagrożeniem i przeniesienie wojny na terytorium niemieckie.


[...]  Kiedy witali nowy, 1945 rok, armie składające się na 1. Front Białoruski Żukowa czekało jeszcze  zajęcie Warszawy lub przynajmniej tego, co z niej zostało. 2. i 3.  Front Białoruski z kolei, dowodzone odpowiednio przez Konstantego Rokossowskiego, charyzmatycznego dowódcę spod Kurska,  i błyskotliwego trzydziestoośmioletniego Iwana Czerniachowskiego, nadal musiały zamknąć pierścień wokół nadbałtyckiej cytadeli -  Królewca. Jednak wśród ich żołnierzy narastała niecierpliwość. Godzina zemsty była tuż - tuż.
      
Jaków Zinowiewicz Aronow został zagarnięty przez armię z rodzinnego Witebska na Białorusi w maju 1944 roku. Zginął zaledwie  dziewięć miesięcy później pod Królewcem. Było mało czasu na jego  przeszkolenie. Jego służba zaczęła się tak, jak się skończyła, pod niemieckim ostrzałem. W czerwcu, gdy bitwa o Witebsk zmierzała ku  końcowi, otrzymał przydział do artylerii 3. Frontu Białoruskiego.  Jej droga prowadziła na zachód, przez pełne komarów lasy i obok  nizinnych gospodarstw. Posuwali się tak szybko, że dotarli do Wilna  na początku lipca. Była to trudna i nie zawsze wdzięczna podróż.  Na Litwie częściej natykali się na zacięty opór niż goździki i czerwone flagi. Drogi do Prus znaczyły spalone czołgi, niczym „klęczące  wielbłądy”. Zimą spod śniegu zaczęły się wyłaniać inne kształty,  bezładne zarysy ciał, litościwie na wpół zamarzniętych. „Musimy  walczyć o każdy metr radzieckiej [miał na myśli litewską] ziemi" -  napisał Aronow do siostry. W jego listach nie ma wszakże śladu strachu. „Nie można pokonać ludzi, których wiedzie partia komunistyczna - oświadczył. - Powiesz, że znowu cię agituję. Ale nie,  to nie agitacja. Piszę, co myślę. Gdybyś wiedziała, ile widziałem  tego niemieckiego »Nowego Ładu«, zacisnęłabyś zęby ze złości, a łzy  napłynęłyby ci do oczu. Ale dasz radę. Zaciskamy pięści i ruszamy  bezzwłocznie na zachód”.
      
Marsz Aronowa na zachód ustał na kilka tygodni między październikiem a Nowym Rokiem. Stratedzy potrzebowali więcej czasu na przygotowanie skoordynowanej operacji berlińskiej, szeregu  uderzeń, które obejmą front od Zatoki Fińskiej do południowej  Ukrainy. Na innych teatrach jednak Armia Czerwona parła do przodu jak burza.


[...] Miliony żołnierzy Armii Czerwonej rozlało się po Europie. Onieśmie lająca bariera granicy była stopniowo przełamywana, a egzotyczny  świat kapitalizmu przestał już być tajemnicą dla frontowców. Ale  Niemcy to zupełnie inna sprawa. Perspektywa wzięcia odwetu na  prawdziwej niemieckiej ziemi stanowiła dostateczną nagrodę, żeby osłodzić żołnierzom najcięższą zimę. 12 stycznia Armia Czerwona  rozpoczęła kampanię, która poprowadziła ją przez Polskę do Prus  i dalej, na berlińskie przedmieścia.
      
Złość dodawała żołnierzom energii. O wszystko - od śmierci ukochanych przyjaciół do spalonych miast, od głodujących w ojczyźnie dzieci do strachu przed kolejnym gradem pocisków, nawet o bogactwo burżuazyjnych domów - obwiniali Niemców. Świadomie  czy nie, żołnierze Armii Czerwonej wkrótce mieli wyładować też  swój gniew, który narastał przez dziesięciolecia ucisku państwa i powszechnej przemocy. Odkąd wreszcie wkroczyli na terytorium wroga w drugiej połowie stycznia 1945 roku, ich gniew uderzał w każdy możliwy obiekt. Znaleźli się dopiero w Prusach Wschodnich,  enklawie nad Morzem Bałtyckim, ale były to już Niemcy, kraj, który dręczył Rosję, i każdy szczegół dostrzeżony przez żołnierzy brany był za oznakę chciwości, korupcji i arogancji. „Dumni jesteśmy z tego, że dotarliśmy do legowiska [hitlerowskiej] bestii -  napisał żołnierz Biezugłow do swych kolegów z kołchozu. - Zemścimy  się, zemścimy za wszystkie nasze cierpienia.


[...] Ze wszystkiego, co  widzimy, jasno wynika, że Hitler ograbił całą Europę, żeby zadowolić swych krwawych fryców. Zabrali bydło z najlepszych gospodarstw Europy. Ich owce to najlepsze rosyjskie merynosy, a sklepy  wypełniają towary ze wszystkich sklepów i fabryk Europy. W niedalekiej przyszłości te dobra pojawią się w rosyjskich sklepach jako  nasze łupy”.
      
Żołnierze wiedzieli, że ich zachowanie zaczyna się stawać brutalne „Muszę powiedzieć, że wojna bardzo mnie zmieniła - napisał  Aronow. - Wojna nie czyni ludzi łagodniejszymi. Przeciwnie, czy ich powściągliwymi, raczej szorstkimi i bardzo okrutnymi. To fakt”. Ale tak naprawdę nie przepraszał, a jego towarzysze również nie odczuwali zawstydzenia. „Nasi żołnierze nie obchodzą się  z Prusami Wschodnimi gorzej niż Niemcy ze Smoleńskiem - na pisał rosyjski kombatant do rodziny z miasta w granicach Prus. -  Nienawidzimy głęboko Niemiec i Niemców. W jednym domu, na  przykład, nasi chłopcy znaleźli zamordowaną kobietę i dwójkę jej dzieci. Często widuje się też martwych cywilów na ulicach. Jednak  Niemcy zasługują na okrutne traktowanie, które sami rozpętali.  Wystarczy pomyśleć o Majdanku.


[...] Z pewnością okrucieństwem  było zabić te dzieci, ale to, czego Niemcy z zimną krwią dokonali  na Majdanku, było tysiąc razy gorsze”.
Organy odpowiedzialne za edukację polityczną w Armii Czerwonej wspierały ten typ myślenia. Dopóki wiosną 1945 roku nie  okiełznał go szef propagandy Stalina, G. E. Aleksandrow, to Erenburg, propagujący nieprzejednaną nienawiść do Niemców jako narodu, kształtował myślenie żołnierzy o zemście. Na tym etapie wojny jego utwory były tak czczone, że papieru, na którym je wydrukowano, żołnierze nigdy nie używali do robienia skrętów.  Jad sączący  się z jego pióra pasował do wojennego nastroju czerwonoarmistów i nie osłabł, gdy Armia Czerwona wkroczyła do Prus. „Nie tylko  dywizje i armie kierują się na Berlin - napisał. - Wszystkie okopy,  groby i wąwozy z ciałami niewinnych kierują się na Berlin.


[...] Gdy przechodzimy przez Pomorze, przed oczami mamy zniszczoną,  skrwawioną wieś  białoruską.


[...] Niemcy, możecie wirować dokoła i wyć w śmiertelnej agonii. Godzina zemsty wybiła!” Zemsta była  usprawiedliwiona, zemsta była niemal święta. Wystarczyło, że zginął najlepszy przyjaciel żołnierza, jego siostra została uprowadzona, wieś  splądrowana i spalona. Wystarczyło też znaleźć niemiecką kuchnię pełną błyszczących rondli, kredens wypchany porcelaną. Jeśli brakowało Niemców, których można by zabić, seria z karabinu maszynowego roztrzaskiwała ich antyczne szkła albo ogień podłożony  przez czerwonoarmistów pochłaniał ich schludne domki, stodoły,  a nawet zapasy żywności.
      
Gniew wyczerpanych ludzi, ludzi przestraszonych, zaniepokojonych i nazbyt czujnych, żyjących w wojennym napięciu i wśród nieustannych zgryzot, łatwo było sprowokować, ale w pierwszych  miesiącach działań na niemieckiej ziemi czerwonoarmiści mieli też  jasne rozkazy. Ich nowym zadaniem, wyjaśniali politrucy, było wzięcie odwetu w imieniu narodu, stanie się narzędziami naturalnej sprawiedliwości. „Gniew żołnierza w bitwie musi być straszliwy - głosiło ówczesne hasło. -  On nie tylko walczy; musi być także ucieleśnieniem ludowej sprawiedliwości”. Ta ostatnia fraza pojawia się w setkach listów z tamtego czasu, co dowodzi, że znalazła oddźwięk wśród  żołnierzy. „Spotkaliśmy naszą pierwszą gromadę Frauen - napisał  w lutym 1945 roku żołnierz z Włodzimierza. - Co to za żałosna  i tchórzliwa banda, kiedy dla odmiany czują ciosy na własnej skórze.  Wszędzie można wyczuć miażdżącą potęgę Armii Czerwonej. Sąd się  zebrał i teraz obraduje tutaj. Osądzimy ich wszystkich na miejscu, a na sze oskarżenie jest wszędzie takie samo - zemścimy się”. „Pisałem  Ci już, że jestem w Niemczech - opowiadał Slesariow ojcu tamtej  zimy. - Powiedziałeś, że powinniśmy robić w Niemczech to samo,  co Niemcy robili nam. Sąd już się zaczął; będą pamiętać ten marsz  naszej armii przez niemieckie terytorium bardzo, bardzo długo”.
      
Slesariow był komunistą, podobnie jak Aronow w chwili śmierci  i dziesiątki tysięcy innych Sowietów w oliwkowych mundurach, którzy wlewali się do Prus Wschodnich w styczniu 1945 roku. Partia,  do której należeli, deklarowała ścisłą moralność, cnotę obywatela  podążającego u boku historii i poświęcającego swe życie tworzeniu  lepszego świata. Postęp ludzkości przedstawiała jako walkę dobra ze  złem, chociaż epopeja, jaką odbierali żołnierze, miała więcej wspólnego z rosyjskimi baśniami lub Biblią niż z Marksem. Proste przemowy moralne wplatały się w nudną osnowę ideologii niczym szkarłatne nici. Dobrzy komuniści spędzali całe życie na walce o własny rozwój, o edukację i czystość oraz o doskonalenie społeczeństwa.  Żołnierz mył szyję, żeby spłukać wszy, tymczasem komunista ruszał na misję oczyszczającą, która miała się skończyć wraz z całym światem. Członkowie partii w armii mieli być „prawdziwymi przywódcami mas, świadomymi swej odpowiedzialności za utrzymywanie  żelaznej dyscypliny i wysokiej kondycji polityczno-moralnej wojsk, tak by mogły one odnieść sukces na polu bitwy i bronić honoru oraz bitewnej sławy swej jednostki lub części armii”.
     
„Ideologiczne szkolenie członków partii jest bardziej konieczne niż kiedykolwiek” - potwierdzała we wrześniu 1944 roku żołnierska „Krasnaja Zwiezda”. Nikt nie mógł zapomnieć zagubienia  armii w Rumunii. Wojska, które stanęły nad granicą, znajdowały  się w wielkim niebezpieczeństwie. „By odnaleźć się w tych nowych  warunkach, komunista potrzebuje porządniejszego wyposażenia  ideologicznego niż kiedykolwiek”. W odpowiedzi partia próbowała bardziej rygorystycznej rekrutacji. Wprowadziła także nowe  kursy dla politruków. Jednak żołnierze byli na tym etapie wojny  zbyt zajęci myśleniem o sobie. Frontowiki pozostali sobą, gardząc  wydelikaconymi propagandzistami z tyłów. Kiedy chodziło o braterstwo i cele moralne, żadne kazanie nie mogło zmienić frontowego  doświadczenia. Dla Aronowa wojna, chłopaki i partia - wszyscy -  związani byli z jedną świętą ideą. „Pochodzimy z różnych stron Związku Radzieckiego - stwierdził w listopadzie, opisując swych  towarzyszy z ziemianki. - Ale wszyscy mamy jeden cel: jak najszybciej pokonać wroga i wrócić do domu, do ojczyzny. Razem szliśmy  od Witebska do Prus Wschodnich. Pamiętamy wszystkie nasze bitwy, ale próbujemy rozmawiać o tym, co dobre. O naszym życiu  i marzeniach, o dobrej, jasnej przyszłości”.
      
Ironia była więc wtedy, i nadal pozostaje, dojmująca. Tamtej zimy  wielu z tych bohaterów, miłośników jasnej przyszłości, miało się oddać orgii zbrodni wojennych. Historycy nazwali ich bestialskimi  i nieokrzesanymi, jak gdyby działali pod wpływem jakiegoś instynktu, niczym zwierzęta. Jednak ich przygotowanie do tego wszystkiego, wynik starannej pracy partii, obejmowało sporą dawkę rozmów  i perswazji, rozmyślnego i wyszukanego wpływania na umysły. Jak  gdyby też w reakcji na to żołnierze pustoszący Prusy dawali ujście  frustracjom, które narastały przez lata cierpień - nie tylko podczas  wojny, ale i przez dziesięciolecia upokorzeń, pozbawienia wpływów  i strachu. Partia, która ich nauczała i która ganiła ich najbardziej  ludzkie słabości, teraz dała im zezwolenie, a oni je przyjęli. Ta sama  partia zaoferowała im też bezkarność. Żadna mowa czy raport, żaden tekst dziennikarski zamieszczony na łamach „Prawdy” nie miał nawet wspomnieć o radzieckich okrucieństwach. One poprostu nie istniały w języku życia oficjalnego. Zgodnie z tym nie przeniknęły  też do tego, co pisali żołnierze. Brutalne obrazy mogły być doskonale utrwalone w świadomości tysięcy frontowców, ale chociaż wielu z nich widziało mordy i gwałty, w listach do domu dalej pisali  o pogodzie.
      
Lew Kopieliow, radziecki oficer i gorliwy członek partii, stanowił  wyjątek. Znalazł słowa, aby opisać grozę, jaką oglądał, i miał dość  odwagi, by przemyśleć to sobie, by uciec od moralnego kontekstu  czasów. Nie winił żołnierzy. Nie winił nawet wroga, chociaż to wojna dała początek przemocy. Gniew rezerwował dla własnej partii,  a przynajmniej dla ludzi, którzy nią kierowali. Bez względu na przerażające czyny Niemców, to komunistyczne przywództwo doprowadziło jego zdaniem do tego specyficznego kryzysu, humanitarnej  katastrofy, która właśnie trwała. „Wojna uczyniła brutalnymi i zniszczyła miliony ludzi - napisał - podobnie jak nasza propaganda: wojownicza, szowinistyczna i fałszywa. Uważałem, że taka propaganda  jest niezbędna w przeddzień wojny i tak samo podczas jej trwania.  Nadal w to wierzę, ale zrozumiałem także, że z takiego nasienia  wyrósł zatruty owoc”.      
      
Gorzkie żniwa zaczęły się na długo przed  przekroczeniem przez wojska własnej granicy, ale to w Prusach plon był największy. Poglądy, które pomogły wygrać wojnę, teraz zdawały  się usprawiedliwiać okrucieństwa. „Ci młodzi ludzie - dodał Kopieliow, gdy obserwował swych towarzyszy - którzy przybyli na front  prosto ze szkoły... jacy będą [...], nie nauczywszy się niczego poza strzelaniem, kopaniem okopów, czołganiem przez druty kolczaste,  gonieniem wroga i rzucaniem granatów? Przywykli do śmierci, krwi  i okrucieństwa, a każdy nowy dzień przynosi im dowody, że wojna,  o której czytali w swych gazetach, o której słuchali w radiu, nie jest wojną, której sami doświadczyli”.
      
Pierwsze pogłoski o okrucieństwach Armii Czerwonej nadeszły  z Węgier. Po upadku Budapesztu radzieckie wojsko siało zniszcze nie w mieście. Jak wspominał pewien obserwator: „Nie da się spędzić w Budapeszcie dnia, ani nawet godziny, żeby nie usłyszeć  o brutalnych uczynkach popełnionych przez [radzieckich] żołnierzy”. W radzieckich kwaterach wojskowych w Budzie zamykano i gwałcono Węgierki; domy i piwnice zostały ograbione z żywności i wina, co stanowiło preludium do zbiorowego gwałtu na ich  mieszkankach. Krążyły nawet opowieści, że żołnierze Armii Czerwonej włamali się do szpitala psychiatrycznego w Nagykalló, gdzie  zgwałcili i zabili wszystkie pacjentki w wieku od 16 do 60 lat.
      
[...]W Prusach Wschodnich sytuacja była jeszcze bardziej ponura. Tu przede wszystkim trzy lata nienawiści (i propagandy nienawiści)  skupiły się w jednym akcie oczyszczającym. Przekroczywszy granicę,  żołnierze znaleźli się w legowisku bestii. Sam ten czyn - naruszenie  granicy bez zaproszenia - emanował przemocą. Lew Kopieliow zawsze podziwiał niemiecką kulturę i dobrze mówił po niemiecku, ale  nawet on nakazał swoim ludziom, żeby wysiedli z ciężarówek i sikali  na znienawidzoną ziemię. „To już Niemcy - powiedział. - Wszyscy  wysiadać i załatwiać się”. Inna grupa podkradła się do granicy koło  Gołdapi, na południe od Królewca. Ich politrucy kręcili się między  szeregami i kazali strzelcom patrzeć przed siebie. „Tam - szeptali. - Tam, za okopami, za drutami kolczastymi, są już Niemcy”. Przypominali, że nie jest to zwykły najazd. Armia Czerwona wciąż  uważała się za wyzwolicielkę, tym razem dziesiątek tysięcy Sowietów pracujących przymusowo w niemieckich obozach. „Tam - syczeli oficerowie polityczni - tam, w Niemczech, nasze siostry cierpią  zniewolone. (...) Naprzód, zniszczmy wroga w jego legowisku”.


      
Na samej granicy radzieccy żołnierze zatykali małe czerwone flagi.  Często zbierali się na krótkie zebrania polityczne. Ponownie słuchali o zbrodniach, które muszą pomścić, o porywaniu i maltretowaniu radzieckich kobiet, o łzach pogrążonych w żałobie matek.  W Gołdapi siedemnastu ludzi wykorzystało ten moment na ubieganie się o członkostwo w partii komunistycznej. Należeli do pułku,  który miał otoczyć i zająć zamek Goeringa, ale podobnie jak wiele  innych, nie była to zwarta, doświadczona jednostka. Tysiące żołnierzy uczestniczących w kampanii pruskiej, w tym Aronow, zostało siłą wcielonych do wojska na okupowanych terenach Białorusi  i Ukrainy. Niektórzy nie przeszli żadnego przeszkolenia, dla innych  zabrakło broni, a tylko niewielu miało jakiekolwiek doświadczenie  wojskowe. W Gołdapi, co było do przewidzenia, rekruci spanikowali. Trzeba było siłą stłumić ich bunt. Oczywiście pociągnęło to za  sobą duże straty oraz gniew, który wybuchł po zakończeniu walk.
      
Ludzie ci byli przerażeni ponad siły, zmuszeni do okazywania własnej słabości, a większość przeżyła szok. Jednak partia zapewniała ich,  że całą winę za to ponoszą Niemcy. Natarczywie zachęcała ich do  zemsty. „Im bliżej jesteśmy zwycięstwa - powiedział Stalin w lutym  1945 roku - tym czujniejsi musimy być, a nasze postępowanie wobec wroga brutalniejsze”.
    
Musiał to być nierealny, surrealistyczny antrakt. Najpierw granica  i wykłady o czujności oraz usprawiedliwionym odwecie. Żołnierze zostali ostrzeżeni, że niemieccy agenci mogą zatruwać żywność i wino, że kobiety mogą ukrywać granaty, że każda spotkana osoba  może być szpiegiem. Potem były porzucone osady, miasta-widma pełne pozostawionych bez opieki dóbr. Goebbels ostrzegł swój naród, że Sowieci są jak azjatyckie hordy, barbarzyński motłoch dzikusów nastawionych na niszczenie i prymitywną zemstę. Wskutek  tego setki tysięcy pruskich cywilów spakowało się i uciekło, stawiając czoło ciężkiej zimie i groźbie bombardowania, a przy tym tworząc największą falę uchodźców w Europie podczas całej wojny. „W miasteczku nie został żaden cywil - zanotował Jermolenko  23 stycznia, kiedy przybył do Insterburga. - I po co. Przecież byśmy  ich nie zjedli”.
      
Ten człowiek był mistrzem oszukiwania samego siebie. Jego armia  udowodniła, że jest zdolna do każdego rodzaju zbrodni. Jednak gotowa była wycierpieć jeszcze więcej przemocy i napięć. Nastał czas  skrajności, kontrastów i ciągłego prawdopodobieństwa odniesienia  rany lub śmierci. Insterburg wkrótce zostanie przemianowany na  Czerniachowsk, na pamiątkę młodego generała, który zginął w bitwie pod Królewcem. W styczniu tego roku miasto stanęło w płomieniach. Jego zamek i eleganckie, strzeliste kościoły wyłaniały się  spod pokładów pyłu i gryzącego dymu niczym złowieszcze kości. Ciała, zwłoki ludzi i koni, leżały na ulicach przy porzuconych ciężarówkach i spalonych meblach. Nad wrakami unosił się dym. Ale  sklepy dopiero miały zostać zniszczone. „Mają masło, miód, dżem,  wino i kilka rodzajów koniaku - zanotował radośnie Jermolenko. - Cywile zostawili swoje domy w porządku. Nasz zespół radiotelegrafistów zajął pokój na pierwszym piętrze. W rogu stało pianino, oprócz tego dwie sofy, piękne krzesła i fotele, kredens, kwiaty. W niemieckiej kuchni, na niemieckiej zastawie zjedliśmy fantastyczny obiad”.
      
Aronow również pojawił się w styczniu w Insterburgu. Swe ostatnie słowa do siostry napisał na niemieckiej pocztówce przedstawiaącej katedrę na wspaniałym placu. Wkrótce NKWD uniemożliwiło  żołnierzom wykorzystywanie tego rodzaju burżuazyjnych obrazów, ale Aronow się tym nie przejmował. „Witaj, kochana siostro - nał. - Pozdrowienia z Insterburga. Żyję i mam się dobrze, ślę Ci  najlepsze życzenia. Ucałowania”. Jakiś czas potem, gdyż w tamtym okresie poczta polowa jeździła pociągami razem ze skrzyniami  niemieckich łupów, jego siostra dostała kolejny list. „Osoba, która  pisze do Ciebie, jest nieznanym żołnierzem” - przeczytała. Mężczyzna pisał ze szpitala. Dwa dni wcześniej został ciężko raniony, ale  postarał się o papier i ołówek, gdy tylko zdołał usiąść. „Być może  ktoś przekazał Ci już smutne wieści - kontynuował - ale jako najlepszy przyjaciel Jaszy nie mogę ukrywać przed sobą ani przed Tobą wiadomości o jego śmierci. Twój brat i ja byliśmy razem od 10 maja 1944 roku aż do końca jego służby w armii. Ile smutków i trudów  znieśliśmy razem! A teraz, na przedmieściach Królewca, zostaliśmy rozdzieleni. Nie mogę więcej pisać”.
      
Bliskie związki między ludźmi (żołnierz, który napisał ten list do siostry Aronowa, wkrótce miał ją poślubić, jakby nie chciał zerwać  więzów z najlepszym przyjacielem) po części wyjaśniają to, co się  stało potem - fakt, że Armia Czerwona brała odwet grupowo. Tu  znaczenie miały nie więzi między czerwonoarmistami i ich niemieckimi ofiarami, ale między żołnierzami i ich towarzyszami, a nawet  między żołnierzami i ich wspólnymi wspomnieniami chwil grozy.  W umysłach tych mężczyzn ofiary rzadko miały ludzkie cechy. „Nie  mówią ani słowa po rosyjsku - napisał żołnierz do przyjaciela w lutym 1945 roku - ale to ułatwia sprawę. Nie musisz ich przekonywać. Po prostu celujesz z nagana i każesz im się położyć. Potem  robisz swoje i odchodzisz”. Wojna przyzwyczaiła takich ludzi do przemocy, ale to, co się działo, wykraczało poza danie upustu gniewowi. Wydarzenia w Prusach angażowały nadzieje i namiętności żołnierzy, jak również ich nienawiść. Namiętnością była tu przede wszystkim ich wzajemna miłość, a także ich żal - którego nie dało  się utopić w oceanie wina i sznapsa - po ludziach i szansach, które stracili. Obiektami nienawiści, których ciała niedługo pokryją  drogi na zachód, stały się niemieckie kobiety i dziewczęta.
      
Wśród radzieckich żołnierzy, którzy zaskoczyli kolumny pruskich  uchodźców, gdy wylewały się z Insterburga i Gołdapi, znajdował się  młody oficer Leonid Rabiczew. Dziesiątki lat później znalazł dość  sił, by opisać okrucieństwa, których był świadkiem. „Kobiety, matki i ich córki, leżą z lewej i z prawej wzdłuż drogi, a przed każdą  z nich stoi hałaśliwa gromada mężczyzn ze spuszczonymi spodniami”. Mógł dodać, że w tym tłumie byli też nastoletni chłopcy, dla  których ów makabryczny rytuał stał się pierwszym doświadczeniem  seksualnym w życiu. „Kobiety, które krwawiły albo traciły przytomność, odciągano na bok - ciągnął Rabiczew - a żołnierze strzelali  do tych, które próbowały ratować swe dzieci”. Tymczasem grupa  „szczerzących się" oficerów stała nieopodal, jeden z nich zaś „kierował - nie, regulował - tym wszystkim. Miał dbać, żeby każdy bez  wyjątku żołnierz wziął w tym udział”.
      
Owej nocy Rabiczew i jego ludzie poszli spać w opuszczonym  niemieckim schronie. W każdym pomieszczeniu leżały ciała: zwłoki dzieci, starców i kobiet, bezsprzecznie zbiorowo zgwałconych przed  śmiercią. „Byliśmy tak zmęczeni - napisał oficer - że położyliśmy  się na ziemi między nimi i usnęliśmy”. Trupy nie szokowały już  nikogo. Kiedy weszli do innego budynku i znaleźli ciała kobiet,  zgwałconych, a potem okaleczonych, każda z pustą butelką od wina  w pochwie, podwładni Rabiczewa okazali się mniej opanowani.  Problem polegał na tym, że sympatię do kobiet przeciwnika czynnie tępiono; wywierano też presję, żeby mężczyźni jednoczyli się  w zbrodni. Przy innej okazji, gdy Rabiczewa zaproszono, by wybrał sobie jedną ze schwytanych niemieckich dziewcząt, z początku  obawiał się, że jego ludzie wezmą go za tchórza, jeśli odmówi. Co  gorsza, być może uznaliby go za impotenta.

Pierwszym przejawem okrucieństwa, jaki zobaczył Lew Kopieliow, było spalenie pruskiego miasteczka. Nie było po temu podstaw  militarnych. Ogień pochłonął cenną żywność i inne dobra - koce, odzież, a nawet lekarstwa. To ten rodzaj rozrzutności, marnowania  środków, położył wreszcie kres wielkiemu pustoszeniu Prus. Interes wojny, jak ujął to Rokossowski, wymagał większej dyscypliny. Jednak wojskowe myślenie, jak się zdawało, było zawieszone w tych  pierwszych godzinach szaleństwa, czy też może raczej powszechna  stała się nowa taktyka. Hasło brzmiało, jak zauważył Kopieliow,  „niszcz, pal, weź odwet”. Wielu jego kolegów oficerów zaszokowało  to, zwłaszcza zaś niepotrzebne marnotrawstwo, ale politruk zbył ich wątpliwości. „Fryce splądrowali cały świat - oznajmił. - Dlatego tyle mają. Spalili wszystko w naszym kraju, a teraz my robimy to samo u nich. Nie musi nam być przykro z ich powodu”. Obawy  Kopieliowa wkrótce nazwano „burżuazyjnym humanitaryzmem”,  a w ciągu kilku tygodni od pierwszej skargi został za to aresztowany.
      
W tamtych mroźnych dniach w większości radzieckich żołnierzy nie było nic burżuazyjnego ani humanitarnego, „Na części niemieckich terenów okupowanych przez Armię Czerwoną - donosił niemiecki wywiad - zachowanie żołnierzy jest dokładnie takie, jakie  przepowiadano we wcześniejszym okresie wojny: w większości przypadków przerażające. Codziennie dochodzi do brutalnych mordów,  gwałcenia kobiet i dziewcząt, jak również bezsensownego niszczenia  dóbr”. Jeniec powiedział Niemcom, którzy go schwytali, że specjalny rozkaz Stalina nakazał wzięcie odwetu za niemieckie okrucieństwa. „Jeszcze nie udało się uzyskać - zauważył autor raportu -  potwierdzenia rozkazu Stalina”. Nie było na to szans, gdyż nie wydano specjalnego rozkazu, by gwałcić i plądrować. Istotnie, przez te trzy miesiące karą za gwałt i grabieże, przynajmniej teoretycznie,  było rozstrzelanie na miejscu, ale z każdego rozkazu żołnierze wyczytywali zgodę na branie odwetu. „Czerwonoarmisto! - głosił ów plakat. - Jesteś teraz na niemieckiej ziemi. Godzina zemsty wybiła!” Pakiet żołnierskich listów przechwycony przez niemiecki wywiad w lutym 1945 roku nie wymagał redagowania, aby ukazać prawdziwy sens. „Raduje się serce, gdy jedzie się przez płonące niemieckie miasto - napisał żołnierz do rodziców. - Bierzemy odwet za wszystko, a nasza zemsta jest sprawiedliwa. Ogień za ogień, krew za krew, śmierć za śmierć”.
      
„Był wieczór, kiedy dotarliśmy do Nidzicy” - napisał Kopieliow.  Było to małe miasto, biedniejsze od Insterburga, i jak pozostałe,  niemal wyludnione. Armia Czerwona podpaliła Nidzicę. Wśród dymu oficer natrafił na ciało starej kobiety. „Miała podartą suknię -  ujrzał - i słuchawkę telefoniczną między kościstymi udami. Najwyraźniej próbowali wcisnąć ją jej do pochwy”. Pretekstem było to, że  mogła być szpiegiem. „Dopadli ją przy budce telefonicznej - wyjaśnił  jeden z żołnierzy. - Po co się tu kręciła?”  Było to pierwsze z kilku  morderstw, jakie ujrzał w tym przeklętym miejscu. Potem widział  Olsztyn, więcej ognia, więcej śmierci. Koło poczty spotkał kobietę  z obandażowaną głową, trzymającą za rękę dziewczynkę z blond warkoczykami. Obie płakały, a nogi dziecka pokrywała krew. „Żołnierze  wyrzucili nas z domu - powiedziała kobieta rosyjskiemu oficerowi. -  Pobili nas, zgwałcili. Moja córka ma dopiero trzynaście lat. Dwóch jej  to zrobiło. A wielu zgwałciło mnie”. Chciała, żeby pomógł jej odnaleźć synka. Inna kobieta błagała Kopieliowa, by ją zastrzelił.
      
Nikt nie mógł przeoczyć przemocy na taką skalę, a mimo to zniknęła ona z radzieckiej świadomości. Świadkowie w rodzaju Kopieliowa wkrótce zostali wyrzuceni na margines, niemieckie ofiary zaś darowały sobie lub milczały. Dopiero zagraniczni obserwatorzy, zwłaszcza historycy, odkryli ją na nowo, zebrali relacje i opisali, jak w części  miast Prus Wschodnich niemal wszystkie kobiety zostały zgwałcone.  „Wołanie torturowanych o pomoc - zapamiętał świadek - rozlegało się dniem i nocą”. Nie miało znaczenia w tej wielojęzycznej, przejściowej strefie, czy kobiety były Niemkami czy Polkami, a tym samym  sojuszniczkami Rosjan. Nie miał też znaczenia wiek kobiet, gdyż to  nie kobiety same w sobie stanowiły główny cel. Ofiary zbiorowych  gwałtów były po prostu mięsem, ucieleśnieniem Niemiec, uniwersalnymi „Frauen”, tymi, które doświadczały radzieckiej i indywidualnej  zemsty. Wielu żołnierzy uważało je za „odrażające”.
      
Gwałt to nie jedyne przestępstwo, jakie popełniali radzieccy żołnierze w czasie przemarszu przez Prusy. Miasta palono, urzędników  mordowano, a kolumny uchodźców ostrzeliwano, gdy uciekały na  zachód, w stronę Berlina. Ale wśród brutalnych przestępstw dominował gwałt. Jednym z powodów było to, że kobiety przeważały wśród niemieckich cywilów, a prawdopodobnie w całej populacji,  która przeżyła, gdyż zostało bardzo niewielu żołnierzy. Jednak działały też inne czynniki. Gwałt to powszechne narzędzie wojny, przejmująco typowy akompaniament podboju i wojskowej okupacji.  Okrucieństwa w Prusach Wschodnich można porównać do innych,  takich jak te w Bośni czy Bangladeszu. Ale to nie była jakaś tam  wojna, a faszyzm nie był jakimś tam systemem. Czerwonoarmiści  w Prusach czuli, że rozprawiają się z wrogiem, z narodem, który nie  powinien zaznać spokoju, dopóki nie zostanie zniszczony jego świat.  „Jest całkowicie jasne - kończył się list Biezugłowa do przyjaciela -  że jeśli nie wystraszymy ich porządnie teraz, to nie uda się uniknąć wojny w przyszłości”. W swoich wspomnieniach Rabiczew spekuluje, że Stalin mógł nieoficjalnie zachęcać Czerniachowskiego,  by popchnął swych żołnierzy do tego, co następne pokolenia nazwą  czystką etniczną.  Poza tym mordy wokół Królewca oczyściły teren  pod przyszłe radzieckie osadnictwo, a gwałty zapewniły pokolenie  świeżego radzieckiego przychówku.
      
Z pewnością teraz najwygodniej byłoby zrzucić winę za tę zbrodnię na Stalina i jego rząd. Jakby powtarzając powojenne niemieckie  dyskusje na ten sam temat, rosyjscy spadkobiercy owych okrucieństw  któregoś dnia będą się musieli zmierzyć z pytaniem o indywidualną odpowiedzialność w warunkach władzy totalitarnej. Nie ma wątpliwości, że żołnierzy zachęcano do takich czynów z Moskwy, jeśli  wręcz ich stamtąd nie aranżowano. Propaganda odgrywała czynną rolę w kształtowaniu sposobu widzenia wroga przez czerwonoarmistów i w usprawiedliwianiu zemsty. Sowinform-biuro podsycało  zbiorową wściekłość spreparowanymi obrazami, które tak głęboko  zapadały w umysły żołnierzy, że uznawali je za część własnych doświadczeń. Dowodzi tego uniwersalność żołnierskich opowieści. Jak  zauważyła Atina Grossman w swych refleksjach na temat gwałtów,  raz za razem we wspomnieniach Niemców o tym, co opowiadali  im rosyjscy okupanci, mściwa pamięć przywoływała nie równoległy  obraz Niemca gwałcącego Rosjankę, ale masakrę innego rodzaju:  wyobrażenie niemieckiego żołnierza uderzającego o ścianę niemowlęciem wyrwanym z objęć matki - matka krzyczy, mózg dziecka  rozbryzguje się na murze, żołnierz się śmieje”.
      
Tak więc żołnierze mieli własne motywy. Nie byli bierni i, mimo  potęgi swego państwa, nie byli bezradni. Jeśli wielu działało niczym  we śnie, to po części dlatego, że większość - ze zrozumiałych powodów - wolała używać alkoholu, by znieczulić zmysły. „Niemal nie  sposób nie upijać się - napisał pewien żołnierz do domu w lutym. -  To, przez co przechodzę, jest nie do opisania. Kiedy jestem pijany,  wszystko jest łatwiejsze”. „Pijany Rosjanin to zupełnie inna osoba  niż trzeźwy - zanotował w owym czasie jeden z Niemców. - Traci  perspektywę, popada w najdziksze nastroje, jest pożądliwy, brutalny  i spragniony krwi”. „Alkohol czyni żołnierzy lubieżnymi - zapisała anonimowa autorka dziennika gwałtów. - Podsyca znacząco ich  pożądanie (chociaż nie ich potencję, jak się miałam dowiedzieć).  Jestem przekonana, że gdyby Rosjanie nie znaleźli tu tyle alkoholu, byłoby o połowę mniej gwałtów. Te Iwany to nie Casanovy. By  popełnić akt seksualnej agresji, muszą sztucznie się pobudzić, zalać swoje zahamowania”. Niekiedy skutkiem była popijawa, która  mogła pociągać za sobą liczne ofiary. Niekiedy zwyciężał alkohol.
      
[...]Ci, którzy nie byli kompletnie pijani, mogli doskonale wytłumaczyć swe czyny w kategoriach skumulowanej żądzy. Później z pewnością część rosyjskich żołnierzy traktowała Niemki jako prawowity  łup, wybierając co ładniejsze, gdy tylko nadarzyła się okazja do wybierania. Anonimowa autorka berlińskiego dziennika, obserwując  wydarzenia ze schronu w piwnicy, zauważyła, że „wolą grube. Takie  są bardziej kobiece, bardziej różnią się od męskich ciał”. Gust ten był, jej zdaniem, „prymitywny”, chociaż czerpała nieco przyjemści z myśli, że berlinki, które ukradły lub zgromadziły jedzenie,  miały zapłacić za swe aspołeczne czyny. Jednak bez względu na to, czy żołnierze wybierali swą ofiarę czy nie, czyste pożądanie nie  stanowiło głównego motywu w Prusach. W tych pierwszych dzikich  tygodniach gwałty były systematyczne i równocześnie niezwykle  brutalne.
      
Oczywiście żądza byłaby dostatecznie uzasadniona. W przeciwieństwie do Niemców (którzy wykorzystywali do tego złapane Rosjanki), Sowieci nie mieli polowych burdeli w pobliżu frontu. Seks,  w oficjalnych kategoriach, ledwo istniał. Gabriel Tiomkin wspomił reakcję żołnierzy, kiedy znaleźli skład niemieckich kondomów.  „Nadmuchiwali je - napisał - i bawili się nimi jak balonami”. Cała  kultura partii i ojczyzny oddana była walce i poświęceniu. Kobiety były czyste i czekały w domu, podczas gdy mężczyźni - przynajmniej  teoretycznie - myśleli wyłącznie o swych obowiązkach. Jeśli  dzielnie walczyli i wypełniali wolne chwile lekturą Lenina i Marksa,  to nie mieli czasu na życie erotyczne.
      
Ta sterylna nijakość nie ograniczała się tylko do armii i rozpoczęła na długo przed wojną. Sam Lenin miał mgliste pojęcie o żądzy, preferując ćwiczenia fizyczne i długie sesje nad stosami książek.
      
Kwitnąca swoboda seksualna, która towarzyszyła rewolucji, srebrny  wiek erotyzmu, padła pod butami i młotami stalinowskiej kolektywizacji. Namiętność była dla burżuazji (i, prywatnie, dla członków bolszewickiej elity). Dobrzy robotnicy wykorzystywali swą energię  podczas długich zmian przy warsztacie, a kiedy skończyli już wypruwać sobie żyły, szli na zebranie lub czytali „Prawdę”. „Dialog  w radzieckiej karykaturze - zapisał w swym dzienniku satyryk Ilja Ilf. - Miłość to najstraszniejsza przywara”. Nawet Wenus z Milo  uznawano za „pornograficzną”. Swoboda ustąpiła miejsca restrykcyjnym prawom w kwestii rozwodu, aborcji i rodziny. Tymczasem  coraz więcej ludzi dzieliło ze sobą przestrzeń mieszkalną. Często  mieli wspólny pokój z dziećmi, które spały za zasłonkami lub na  piętrowych łóżkach, ale niekiedy też mieszkali z innymi dorosłymi,  całymi rodzinami. Jeśli dobry robotnik w radzieckiej ikonografii ma  surową minę, a jego rzeźbionym rysom brakuje ironii lub poczucia  humoru, to może dlatego, że rzadko miał okazję poleniuchować po  południu w łóżku.

Jak niemal wszystkie przyjemności w kraju braterstwa, seks zszedł  do podziemia. Publiczny nacisk na surową moralność i ciężką pracę  zepchnął go w mrok, w szare opary potu, tytoniu i takiej wódki,  jaką udało się zdobyć. Przepaść między ideałem a rzeczywistością  nigdzie nie była bardziej widoczna niż wśród frontowców. To był męski świat, świat machorki, taniej wódki i rozpadających się butów. Ze swymi kobietami wielu żołnierzy mogło być tylko w listach  lub opowieściach, które czasem snuli. (…)  Istniała tęsknota, pragnienie ucieczki  i kobiecości, ale całe lata świetlne dzieliły te uczucia od zbiorowych  gwałtów i wbijania bagnetów w brzuchy.
      
B
ez względu na to, jaką żądzę odczuwali, bardzo wielu żołnierzy miało silniejsze powody, by żywić niechęć, wręcz nienawiść do przedstawicielek płci żeńskiej. Przez całą wojnę otrzymywali smutne listy z domów. Niektóre zawierały opowieści o głodzie, inne  o gwałtach i śmierci, ale sporo z nich było listami pożegnalnymi.  Rodziny rozpadały się, nowe życia rozwijały w oddzielnych światach. Rozdźwięk między żołnierzem a rodziną był częścią szerszej przepaści między frontowcami a cywilami. Stanowił również symptom obezwładniającej męskości armijnego życia. Kobiety traktowano podejrzliwie, jako obce w mizoginistycznym świecie. Listy  żołnierzy odnosiły się coraz podejrzliwiej do kobiet i w miarę upływu lat coraz surowiej. „Od pierwszych dni walczymy za nasz kraj -  napisał czerwonoarmista do Michaiła Kalinina, przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej. - Część z nas kilkakrotnie odniosła  rany, ale nie żałujemy naszego życia ojczyźnie i rodzinom. Jednak  teraz skarżymy się, że część kobiet nas zdradza (...), a nasze dzieci  tracą ojców. (...) Musicie podjąć surowe kroki prawne przeciwko tym zdrajczyniom za ich zdradę i obrazę mężów”. Ten list jest  jednym z setek podobnych.

[...]  Jednak walczący mężczyźni nie byli w stanie zmienić czegokolwiek  w ojczyźnie. Jedyny świat, na który mieli wpływ, znajdował się tutaj,  w Niemczech, gdzie kobiety, przyczyna ich upadku, zepsute Frauen, wciąż oblekały się w jedwabie i futra, przynajmniej w wyobraźni  żołnierzy, podczas gdy radzieckie dzieci cierpiały głód. Radzieckie  kobiety nosiły swoje wiejskie bluzy i haftowane sarafany (w każdym  razie w teorii i jako część ludowego stroju), Niemki zaś ubierały się  w prowokującym zachodnim stylu, malowały i chodziły na wysokich obcasach. Cała kultura, w której się wychowały, wydawała się  chora, obrzydliwa... i niegodziwie uwodzicielska. Niektóre Niemki oskarżano o świadomą rozwiązłość. „Niemieckie damy (...) gotowe  są wypłacać »reparacje« od ręki - zauważył zdegustowany radziecki oficer. - To im się nie uda!” „Europa to otchłań nieprzyzwoitości - napisał tej zimy do domu żołnierz z Prus. - Wpadły mi w ręce  niemieckie czasopisma, są obrzydliwe.  (...)  Nawet ich muzyka jest  gorsząca! To ma być ta Europa? Wszystko oddam za Syberię!” Inny  odkrył zbiór pornograficznych fotografii (tym razem nie przedstawiały Wenus z Milo) na porzuconym niemieckim stanowisku koło  Królewca. „Czy może być coś ohydniejszego? - pytał. - Nasza kultura na pewno stoi wyżej niż niemiecka, ponieważ u naszych żołnierzy  nikt nigdy nie znalazłby takich zdjęć”.
      
Gwałt zatem łączył w sobie pragnienie zemsty z chęcią zniszczenia, starcia na proch niemieckiego luksusu i zmarnotrawienia faszystowskiego bogactwa. Miał ukarać kobiety i podbudować męskość jego sprawców. Podkreślał również emocjonalne więzi w grupach mężczyzn, ponieważ to w grupach, nie pojedynczo, zwykle  działali, czerpiąc z nich energię i poczucie anonimowości. To z pewnością wspólny triumf tych ludzi sprawiał, że celebrowali gwałt.  I chociaż to kobiety były najbardziej pokrzywdzone, w pewnym sensie ofiarami byli też niemieccy mężczyźni. Nieprzypadkowo wielu  gwałtów dokonywano w obecności mężów i ojców. Uwypuklało to  fakt, że są oni teraz istotami pozbawionymi władzy, które mogą jedynie patrzeć i cierpieć najintymniejszą degradację. Pewna kobieta  wspominała historię prawnika, który stał u boku swej żydowskiej żony przez wszystkie lata hitlerowskich rządów, nie chcąc - mimo niebezpieczeństwa - rozwieść się z nią. Kiedy przyszli Rosjanie, znów  ją chronił, dopóki kula z rosyjskiego automatu nie trafiła go w biodro. Leżał, wykrwawiając się na śmierć, i obserwował, jak jego żonę  gwałci trzech żołnierzy.



Anegdoty wypełniają całe tomy, tymczasem nieznane pozostają dokładne statystyki. Przemoc najbardziej nasilona była w Prusach Wschodnich, ale gwałty stanowiły problem wszędzie, gdzie Armia  Czerwona stykała się z wrogiem. Dziesiątki tysięcy niemieckich kobiet i dziewcząt bez wątpienia padły ofiarami gwałtów; w istocie jest niemal pewne, że ich liczba sięgała setek tysięcy. Jednak liczby to  niebezpieczne narzędzia, tworzące na papierze pewniki, które nie  mają nic wspólnego z prawdziwym życiem. To był świat propagandy, świat do ostatka kolorowany piórem Goebbelsa. Liczby mogą  sprawić, że Rosjanie będą jeszcze straszniejsi, zmienić Niemców  w ofiary, być może zetrzeć jakieś haniebne plamy z hitlerowskiej  przeszłości. Niewątpliwie pomogły one wzmocnić obraz Armii Czerwonej jako azjatyckiej hordy. Chociaż liczba aborcji i zakażeń chorobami wenerycznymi po 1945 roku stanowi niejaki dowód, inne liczby są mniej pewne. Kiedy berlińska gazeta napisała, że siedemdziesięciodwuletnia kobieta została zgwałcona dwadzieścia cztery razy, anonimowa autorka dziennika zapytała: „Kto to liczył?”
      
Równie problematyczne jest oszacowanie liczby przestępców. Sami weterani z pewnością nie wpiszą się dobrowolnie na listę. Część oficerów, których poznałam, wspominała wypadki, kiedy przywracano dyscyplinę, jak to uczynił Kirił w Prusach Wschodnich, grożąc dwóm przestępcom („nie z mojego oddziału, rzecz jasna”) pistoletem, ale szeregowcy, którzy musieli przynajmniej być świadkami okrucieństw, nabierali wody w usta. „Mówią, że były gwałty -  powiedział mi jeden z nich. - Nigdy żadnego nie widziałem. Sęk  w tym, że tak naprawdę nie widzieliśmy żadnych Niemców. Zawsze  uciekali, gdy wchodziliśmy do miasta”. To milczenie może sugerować rodzaj wybiórczej amnezji, bez wątpienia wynik wstydu. Ale wpływ na to miały również inne naciski. Żadna, armia nie rozgłasza swych zbrodni, lecz oficjalna radziecka cisza na temat gwałtów  była paraliżująca. Wystarczy zajrzeć do akt wojsk NKWD. Oficerowie odpowiedzialni za dyscyplinę i za utrzymywanie porządku  wśród cywilów w strefach przyfrontowych mogli zgłaszać przypadki  gwałtu. Ich raporty oznaczano jako „ściśle tajne”. Nawet wszakże  te wewnętrzne dokumenty niemal nie wspominają o zbiorowych  gwałtach i notują bardzo nieliczne przypadki gwałtów indywidualnych. Wygląda to tak, jakby oficerowie spiskowali, żeby usunąć je  z dokumentów, wypełniając miejsce przypadkami pijaństwa albo samowolnych oddaleń.


[...]Za gwałt rzadko karano, zwłaszcza początkowo. W pierwszych  miesiącach, do wiosny 1945 roku, żołnierze wciąż działali na mocy  rozkazu o braniu odwetu. Potem, kiedy nawet radzieccy przywódcy zaczęli pojmować cenę przemocy na cywilach - dla dyscypliny i dla zdolności bojowej armii [choroby weneryczne] - część oficerów wzmogła kontrolę,  a nawet pojawiły się egzekucje za gwałt. W kwietniu 1945 roku,  kiedy jego oddział dołączył do sił Koniewa na Śląsku, Rabiczew  wspominał, że czterdziestu żołnierzy i oficerów zostało rozstrzelanych przed frontem oddziałów, by zniechęcić czerwonoarmistów  do dalszych okrucieństw. „Ci dowódcy! - burzyli się żołnierze. -  Zastrzelą własnych ludzi za jakąś niemiecką dziwkę”. Zwykle wszakże sprawcy, którym przestępstwa nie uszły płazem, mogli liczyć na  stosunkowo lekką karę. - Standardowy wyrok wynosił pięć lat, ale po  apelacji zmniejszano go do dwóch lub mniej lat, zwłaszcza żołnierzom wyróżniającym się podczas służby. W każdym razie ludzie ci  niezbędni byli na froncie. Ich wyroki niemal zawsze zawieszano do  końca walk, a wielu, zgodnie z najlepszymi tradycjami Armii Czerwonej do tej pory „odkupiło swą zbrodnię własną krwią” - zginęło lub zostało kalekami. Innymi słowy, gwałt traktowano pobłażliwiej  niż dezercję, kradzież czy - jak w wypadku Kopieliowa - jednostronną próbę chronienia niemieckich cywilów. Kilka spraw wybrano (zwykle kiedy łączyły się z innymi naruszeniami dyscypliny), ale  większość po prostu zniknęła z radzieckich akt.
      
Nieprawdopodobne jest, że każdy z mnóstwa weteranów, którzy  zgodzili się ze mną porozmawiać, był bez winy w tej makabrycznej  historii, ale teraz nie mieli oni ochoty rozmawiać na ten temat.  Wtedy zaś mieli wojnę do wygrania. Walczyli, cierpieli, a wielu  skończyło jako ofiary, kaleki. Po sześćdziesięciu latach pamiętali nie  moment wściekłości, ale długie dni w szpitalu albo kumpli, nocne marsze, pieśni. Kobiety - po rosyjsku baby, co znaczeniowo mieści się między dziwkami a starymi torbami - niewarte były myśli  w porównaniu z pułkiem, ze zwycięstwem. Baby niewiele były warte w Rosji. Czemu miałyby być takie szczególne w tym innym świecie? Czemu miałyby się liczyć w porównaniu ze zbrodniami  Majdanka, ze łzami rosyjskich dzieci? „Chcesz usłyszeć o wojnie -  mówili starcy. - Więc porozmawiajmy. Tylko dziennikarze chcą słuchać o tych skandalach”. Żołnierze wynieśli z Prus nie tylko wspomnienia. Była to ciężka  kampania, z dziesiątkami tysięcy ofiar, ale także okres dziwnej obfitości. Niemcy były bogate. Węgry także, a nawet Bukareszt wypełniały dobra do zagarnięcia. Na papierze ostatnia faza wojny oznaczała ostateczny triumf komunizmu. W rzeczywistości przypominała pierwszy dzień wielkiego jarmarku. Jak w wypadku wszystkich  przestępstw, łącznie z gwałtem, Sowieci nie byli jedynymi winnymi.  Ich sojusznicy również plądrowali piwnice i bogate domy, podobnie  jak tysiące byłych jeńców i dipisów, którzy znaleźli się teraz na wolności na terenie Niemiec. Jednak Armia Czerwona robiła wszystko na gigantyczną skalę. Cierpiała i straciła więcej niż ktokolwiek,  a teraz żądała rekompensaty. Stalin twierdził, że Rzesza winna jest  jego narodowi reparacje w wysokości przynajmniej 10 miliardów  dolarów. Armia, mniej lub bardziej z przyzwoleniem rządu, przystąpiła do zabezpieczania należnej części majątku zaraz po postawieniu stopy na niemieckiej ziemi.

C. Merridale, Wojna Iwana. Armia Czerwona 1939-1945, Rebis Dom Wydawniczy 2007.

Powrót
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego